Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'rodzina'.
Wyświetlam 1 - 9 z 9 notek

Krótka opowieść o „ojcu”

  • Napisane 20 kwietnia 2016 o 23:45

Była dziś Papi. Pokazała mi zdjęcia „ojca”. Miała też krótkie nagranie, ale prawie go tam nie słychać. Jakoś nie potrafię w tych zdjęciach znaleźć podobieństwa jeśli chodzi o wygląd do siebie czy do mojej siostry. Opowiedziała mi to co od niego usłyszała i opisała jaki jest, a raczej o dwu dniowej obserwacji, bo tyle się widzieli. Dopowiedział, że nie może mnie w jakikolwiek sposób zmusić, bym chciała mieć z nim kontakt. Pytał, czy moje dzieci wiedzą o nim. Ha, dobre sobie. Co mam moim dziewczynkom o nim opowiedzieć, skoro sama o nim nic nie wiem. Mam zdjęcie pokazać A.? I co powiedzieć: To twój dziadek, ale nic poza tym nie mogę ci nic powiedzieć? Jedyne co mnie interesowało i o co zapytałam również Papi, to czy z jego strony ktoś miał jakieś kłopoty ze zdrowiem lub jakieś inne dolegliwości typu alergia czy coś gorszego. Ale ona sama nie pytała, bo nawet na to nie wpadła. Jedynie taka informacja na coś by się przydała, bo wiadomo wszystko idzie w genach. Warto wiedzieć, czy może ktoś tam ma jakieś problemy ze zdrowiem. Bo być może my coś odziedziczyłyśmy lub nasze dzieci mogą na coś w późniejszych latach chorować.

Papi zrobiła sobie tatuaż na wewnętrznej stronie nadgarstka – napis. Ogólnie podoba mi się. Sama lubię takie delikatne, że tak to ujmę. Gdyby nie ból wiążący się z tym to i ja dawno miała bym na pewno jeden. Opowiadała, że dało się wytrzymać, ale do mnie jakoś to nie przemawia. Choć to pewnie i tak mały pikuś w porównaniu z porodem :D

A. nauczyła się jeździć na rolkach. Zajęło jej to praktycznie 3 dni. Aż byłam w szoku, bo obstawiałam dłuższą naukę, jak na przykład z jazdą na rowerze, która trwała ponad 2 tygodnie. Od rana do wieczora potrafi mieć rolki na nogach i jeździć po mieszkaniu. A że mój przedpokój ma ponad 8 metrów długości, to ma pole do popisu. Dziś poszłyśmy razem z Ss. na długi spacer i przy okazji zabrałam ją do Mc Donald’s i zakupiłam prezent dla męża mojej koleżanki, który obchodzi urodziny w sobotę i na które zostałam zaproszona…

Nogi mi do tyłka wchodzą. Za mało mam ruchu w sensie takim, że nie wychodzę na długo dystansowe przechadzki, bo mała Ss. potrzebuje pić to mleko co 3 godziny i jest lekki problem później z wodą. Zabieram ze sobą termos z gorącą wodą, jeśli wybieramy się na dłuższy okres poza domem. Przyzwyczaiła się w końcu do kąpieli. Zrobiła się w końcu to dla niej przyjemność, a nie katorga jaka bywała wcześniej i była przy tym kupa ryku. Teraz leży zadowolona i obserwuje, co dzieje się wokół niej i co znajduje się na suficie w łazience. :)

 

Inness

Obcy więcej wart niż rodzina

  • Napisane 17 kwietnia 2016 o 23:27

Dziś moja mama skończyła 56 lat. Dzwoniłam na Skype i zaśpiewałyśmy jej z A. Sto lat. Była tam też i Papi, bo miała dziś wyjazd około 16:20 z powrotem do Niemiec. Porozmawiałyśmy wszystkie, trochę niezręcznie i dziwnie się zrobiło, kiedy weszłam na temat „ojca”. Ona jakaś dziwna się zrobiła po zapytaniu się przeze mnie, czy „ojczulek się popłakał jak się z nią żegnał?”. Na szczęście potem przyjechał bus i musiała odjeżdżać. Więc mogłam normalnie porozmawiać z starszą siostrą i mamą.

Papi i matka nigdy nie miały dobrych relacji pomiędzy sobą. Szczerze powiedziawszy, ciężko jest mieć dobre relacje z moją matką. Na ogół można z nią porozmawiać, ale sama odnoszę wrażenie że godzinna czy dwu godzinna rozmowa na Skype parę razy w miesiącu wystarcza. Była jaka była, już tego nic nie zmieni. Sama już mam dwójkę dzieci i sama wiem, rozumiem i dostrzegam na czym polega macierzyństwo i co to znaczy wychować dziecko lub więcej. Za to ona odnoszę wrażenie, że bardziej poważa całkowicie obcego sobie faceta niż kogoś, kto ją wychował. Ja jak pomyślę, że któraś z moich córek po wychowaniu jej, odwdzięczy mi się w taki sposób w jaki robi to moja siostra…. To szlag mnie trafia. Rozumiem ją po części, bo wesoło nie było. Ale mimo wszystko to nasza matka i jakiś szacunek jej się należ, a nie jeszcze dodatkowo podkreślać w jakiś tam sposób, że obcy facet jest bardziej w porządku niż ona sama. Wiele błędów matka popełniła, ale czy to wystarczający powód, by zachowywać się w taki sposób? Sama podkreśla i jak ponoć podkreślił to typ (ojciec) ja jestem cała matka i unoszę się honorem, bo nie chcę mieć z nim kontaktu i usunęłam go z FB. Nie rozumiem tylko co tutaj honor ma do rzeczy? Nie chcę mieć z nim kontaktu, bo nie znam go, jest dla mnie całkowicie obcym człowiekiem i nie czuję potrzeby, by to w jakikolwiek sposób zmieniać… Po co ten honor? Totalna kpina. Co jeszcze się dowiedziałam, że siostra była w tamtym roku w Polsce 2 razy i nie przywiozła mojej mamie żadnego upominku, a do obcego człowieka zajechała i kupiła mu jakąś lampę. Czym pochwaliła się przed moją siostrą i matką. Ja nie byłabym szczęśliwa, gdyby moje dziecko pamiętało o kimś, kto palca nie włożył w wychowanie dziecka, a dziecko o nim pamięta lecz o własnej rodzicielce nie. Ale taka właśnie jest moja siostra bliźniaczka. Do obcych więcej z siebie daje, niż dla własnej rodziny.

Poza tym dziś spędziłyśmy taneczne popołudnie z A. Odpaliłam grę Just Dance Now, gdzie już kiedyś to opisywałam i potańczyłyśmy sobie w dobrych humorkach.

Jutro wszyscy z rana musimy się uwinąć, bo najpierw do 9:00 godziny trzeba odwieźć A, do przedszkola a potem my śmigamy po dokumenty dla Ss. Kolejny dzień na załatwianiu papierkowej roboty…

 

Inness

Zbędne tematy – Ploty

  • Napisane 15 lutego 2016 o 19:49

Dlaczego tak bardzo interesuje nas opinia innych? Dlaczego tak bardzo żyjemy czyimś życiem? Ciągle chcemy dowiadywać się czegoś nowego o kimś, kto nas szczególnie interesuje. Jak można ciągle szukać nowych sensacji i podawać je dalej, często dodatkowo koloryzowaną historią. Nie lubię takiego czegoś. nie lubię takich ludzi. Każdy powinien czasem posłuchać historii jakiegoś człowieka, by wyciągnąć dla siebie wnioski. By nie popełnić tego samego, niepotrzebnego błędu. Lecz bywają ludzie, którzy przesadzają. Spotyka się to wszędzie – rodzina, koleżanki, koledzy, nawet nieznajomi potrafią o tobie rozmawiać. Ja sama posiadam takie „koleżanki” czy „rodzinę”. Ja sama nie lubię tego robić. Bo osobiście…

Uchodźcem być to nic fajnego + rodzina

  • Napisane 29 stycznia 2016 o 13:39

Chodzę rozdrażniona, nie wyspana, zmęczona, z uczuciem wielkiego kamienia w brzuchu, który naciska mi na pęcherz i daje stale znaki o dyskomforcie. Znaleźć dobrą pozycję do siedzenia graniczy z cudem. O staniu nie ma nawet mowy. Jeśli jestem na nogach to tylko i wyłącznie w ruchu. W miejscu ustać nie mogę, bo zaraz dziecko ciśnie mi brzuch w dół. Dziś jest 35 tydzień ciąży. Od paru dni ząb tzw. mądrości, który wychodzi już dość długo napieprza mnie tak, że jeść nie umiem. A dokładnie dziąsło. Byłam w środę u dentysty, dała mi jakieś lekarstwo i stwierdziła, że nie ma miejsca, dlatego tak boli. Przyniosło mi to ulgę na chwilę. Przed posiłkiem muszę się ratować tabletką, bo nie jestem w stanie przeżuć pokarmu.

Do tego wszystkiego noc jest okropnością. O północy naturalnie już mam zwłoki, więc po 12 w nocy przeważnie śpię, ale codzienne pobudki związane ze spacerkiem do toalety, ciągły zapchany nos (o dziwo tylko w nocy), kaszel który jeszcze tam gdzieś został no i dziecko, które uniemożliwia znalezienie dobrej pozycji do spania – to wszystko sprawia, że codziennie jestem wybudzona ze snu, którego potem w dniu mi brakuje i to uczucie zmęczenia towarzyszy mi przez cały dzień. No pomijając fakt, że stres z sądem, przeprowadzką i z porodem nasila się coraz bardziej, i kiedy w nocy wybudzam się, to moje myśli nie potrafią się uspokoić.

Mam codziennie sny. Jak nie poród, porodówka, dzieci to znów ex, który pojawia się we śnie. Nie są to miłe sny, bo poród nigdy nie jest miły, a zobaczenie znów ex i jego rodzinki przyprawia mnie o mdłości. Jedynym pocieszającym faktem jest, że raz dałam mu w gębę, a raz tak opieprzyłam, że jak się obudziłam to było mi lepiej.

Wczoraj S. zaprosił kuzyna swojego kolegi, który przyjechał do Niemiec. Z tej sławnej ostatnio grupy – uchodźca. Przyjechał również z Iraku. S. chce mu pomóc na tyle ile będzie mógł. Zaprosił go wczoraj na obiad, bo wiadomo w takich halach, gdzie sypiają nie ma nawet kuchni. Nie porozmawialiśmy za wiele, bo wiadomo nie zna ani niemieckiego, ani angielskiego. Ale wydawał się przyjazny. Bardzo chętnie bawił się z A; której bardzo to odpowiadało, bo ciągle siedzi w domu z powodu choroby. Cholernie się jej nudzi, więc nowa twarz w domu to nadzieja na zabawę.

Żal mi się go zrobiło, bo wyglądał na zmęczonego nockami, gdzie jak opowiadał w nocy dzieci płaczą i ludzie grają muzyką. Widziałam, że się wstydził i starał się jeść powoli i kulturalnie, ale S. przyrządził jedzenie, które dla nich obu jest jak u nas schabowy z ziemniakami i gdyby nie my, to talerz został by opróżniony dość szybko. Jego kuzyn mieszka od nas jakieś 100km i wiedział, że pojawi się u nas. Nie przyjechał, co wcale mnie nie zdziwiło, bo to oznaczałoby że musiałby chłopaka w jakiś sposób wesprzeć. A on do takich nie należy.

Co również utwierdza mnie w przekonaniu, że  z rodziną tylko na zdjęciu i nie masz na co liczyć. Ja również ponad 2 lata temu, gdy przyjechałam do Niemiec nikt z poza mojej dość licznej na dole Niemiec rodziny nikt nie pomógł. Przyjechałam do koleżanki. Dopiero, gdy po jakimś miesiącu było do przewidzenia, że wszelkie papierkowe rzeczy zostały załatwione, to odezwała się pierwsza kuzynka. Dlatego nie utrzymuję z nikim kontaktu. Jak już byłam urządzona, to po paru miesiącach jedna z nich chciała mnie przyjechać odwiedzić. Zbyłam ją tylko ,bo gdy potrzebowałam pomocy jakoś nikt się nie odezwał. A kontroli lub zobaczenia jak mieszkam – nie potrzebuję. A wiadomo co za tym idzie – ploty.

Brzydzę się takim czymś.

 

Inness

Miły weekend i wzruszająca wiadomość

  • Napisane 30 listopada 2015 o 21:26

Cały weekend był w drodze, tzn. narobiliśmy masę kilometrów. W sobotę 5 godzin i w niedzielę. Nie wiem jak ja to wytrzymałam… Było ciężko, szczególnie ciężko jest z powodu dużego brzuszka.

Byliśmy odebrać córkę S. i pojechaliśmy do Bonn na Jarmark świąteczny. O wiele większy niż tu, gdzie mieszkamy. Pochodziliśmy, pooglądaliśmy, pozwiedzaliśmy. Pogoda nawet dopisała i wróciliśmy późno do domu. W niedzielę trzeba było odwieźć córkę od S; bo nie mieszka w tym samym mieście i znów 2,5 godziny jazdy do Sankt Augustin, wskoczyliśmy do KFC coś zjeść, potem jechaliśmy godzinę do kuzyna od S. do Krepeld i z powrotem do domu ponad 2 godziny. Jak tylko weszłam do domu, to piżama i łóżko. Taka trasa jest naprawdę męcząca. Ale to był miły weekend. Miło było coś zobaczyć, wyrwać się choć na chwilę z miasta, pobyć z rodziną.

Dziś nie poszłam do szkoły, ponieważ w związku z rezerwacją mieszkania tylko do 04.12.15 – to czas abyśmy zdążyli dać znać czy bierzemy to mieszkanie czy nie – postanowiłam iść z S. do firmy, z której przyszła oferta wspomnianego przeze mnie wcześniej mieszkania. Jak się okazało słusznie postąpiłam, bo sprawdzali mnie jak i S. pod względem, czy posiadamy zadłużenie bankowe. Oczywiście nie posiadamy owego, więc mieszkanie otrzymaliśmy!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Nie mogłam w to uwierzyć. Pod koniec już rozmowy nie mogłam nic więcej wydusić z siebie, bo połykałam już łzy szczęścia. Miałam ochotę tą kobitę uściskać, ale postanowiłam podziękować podaniem jej ręki. Wyszłam z biura i łzy zaczęły mi płynąć i nie potrafiłam ich powstrzymać. S. podszedł cały uśmiechnięty, objął mnie i powiedział tylko „Już dobrze, udało nam się”. Miałam nogi jak z waty.

Ile stresu przez szukanie mieszkań nas nachodziło. Od sierpnia szukaliśmy mieszkania. To ciągłe oglądanie, składanie papierków i dostawanie odmowy zabijało w nas nadzieję… Ale w końcu się udało. Co prawda nie podpisaliśmy jeszcze żadnej umowy, bo mamy ja podpisać za około 2 tygodnie, ale Pani zza biurka powiedziała stanowczo, że mieszkanie jest nasze. Facet, który tam mieszka ma się wyprowadzić do 15.01.16 i potem wchodzi ekipa remontowa. Będzie łazienka od nowa robiona, toaleta i wanna nowe, pokoje od nowa malowane. W Niemczech, jeśli uda ci się dostać mieszkanie z firmy, to mieszkanie dostajesz jak nowe, a nie takie rudery jak w Polsce. Ściany co prawda białe, ale nie w katastrofalnym stanie, jak miałam okazję przekonać się w Polsce.

Lecz i smutna nowina jest taka, że jednak jutro S. musi wyjechać do Iraku, by załatwiać to co miało być już załatwione. Ważne dokumenty, przedłużenie ich. Nie wiadomo dokładnie kiedy wróci, za 10 dni, może mniej? Może więcej? Dobija mnie ta sprawa. Ale pociesza fakt, że w maju wyjechał na całe 4 tygodnie, a tym razem będzie krócej. Oby!

 

Inness

Prezent na urodziny

  • Napisane 4 listopada 2015 o 10:55

Piękna jesień za oknem. Słońce, kolorowe drzewa, ale zimno.

Lubię jesień, jest kolorowa i piękna. Najbardziej wolę jesień i wiosnę. Zimę również, gdy jest tak biało. Lato na końcu, bo nienawidzę upałów. Jeśli są temperatury w normie to oczywiście, czemu nie? Jakiś grill, basen, siedzenie do późna na dworze.

Listopad. Mniej więcej od tego miesiąca zaczynam czuć, że nadchodzą święta. Listopad to też w mojej rodzinie miesiąc urodzin. W dzień wszystkich świętych starsza siostra ma urodziny, 7 dni później ja z siostrą bliźniaczką (Papi) i dzień po nas moja siostrzenica. Co roku obchodzę urodziny z moją siostra. W końcu to ten sam dzień. Jest ode mnie starsza o 5 minut. Wiem, śmieszne to, ale lubi czasem podkreślać, że jest starsza. Nie żeby było to chamskie czy coś, raczej w formie żartu. Przez 24 lata nie obchodziłyśmy urodzin razem może ze 2 razy się zdarzyło. Raz ona była w Holandii, zaś 2 lata temu ja wyjechałam do Niemiec. Teraz kiedy ona tu jest, spędzamy nadal ze sobą urodziny. W tamtym roku również.

Wczoraj dostałam telefon od niej, bo z racji tego iż jestem w ciąży i nie mogę wyjść tam czy tam (czyt. zakrapiane imprezy, disco) ona wybiera się w sobotę i w niedzielę będzie martwa. To dość oczywiste. Umówiła się ze mną, że wpadnie w sobotę i posiedzimy razem, jakieś ciacho czy coś. Wczoraj zadzwoniła, że pracuje. Nie da rady wpaść w sobotę, bo potem zaczyna świętować, a w urodzinową niedzielę, nie będzie w stanie przyjść. Nie ukrywam, że trochę smutno mi się zrobiło. Stwierdziła, że może przyjść w poniedziałek lub wtorek, ale odpowiedziałam, że urodziny mamy w niedzielę. Odpowiedziała, że co ma przyjść i będziemy siedzieć i nic nie robić? Znów mi się zrobiło smutno. Nie chcę, żeby przez ze mnie rezygnowała z planów, bo ja jestem w ciąży i nie mogę tego czy tego. Ale mogła by wpaść, choćby na godzinę lub dwie?

To nic. Przełknęłam to. W niedzielę będzie jeszcze S; bo bierze specjalnie wolne, przyjdzie Kami z córką i chłopakiem i nie będę sama. Papi stwierdziła, że mogę ja przyjść w niedzielę, ale powiedziałam, że to bez sensu bo nie będę patrzeć na zwłoki w łóżku. Z resztą i tak mam gości. Dla niej to nuda, by posiedzieć przy kawie i ciastku. Nie ukrywam, że drinka też bym się z tej okazji napiła, ale nie musi być zaraz nokaut. Z racji mojego stanu muszę zaakceptować to jak jest. I nie jest mi z tego powodu przykro. Raczej z tego, jak postąpiła ona. Ah, niech się bawi. Jest sama i obchodzi urodziny. W rodzinnym gronie i z przyjaciółmi wcale nie musi być nudno. Dla kogoś, kto prowadzi imprezowy styl życia, owszem.

 

Inness

Męcząca rodzina

  • Napisane 14 lipca 2013 o 09:18

Obudziłam się dziś nadzwyczaj wcześnie. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy? Musze posłuchać muzyki! Chciałam jeszcze się przespać, ale ta myśl krążyła mi po głowie uparcie. Więc włączyłam laptopa, słuchawki na uszy i muzykę tak głośno, ile wytrzymała moja głowa. A. śpi, jeszcze trochę pośpi.   Z zaciśniętymi zębami słucham co mówią dookoła mnie. Nie raz nie mówią o mnie, a o kimś mi naprawdę bliskim, a mi ciśnienie skacze jak szalone. Nie odzywam się, nie daję się sprowokować, bo byłaby z tego niezła draka. Ale mogliby się nie raz w język ugryźć! Jestem zmęczona tymi rozmowami, jak wczoraj,…

Rodzina to mit?

  • Napisane 14 czerwca 2013 o 11:00

Rodzina kojarzy się z czymś przyjemnym, ciepłym, bliskimi osobami, zawsze gotowymi pomóc, wesprzeć, gotowi iść za Tobą w ogień. Stosunki panują przyjazne i choć kłótnia nie kiedy się pojawi na horyzoncie, to i tak wiesz, że zawsze ich masz i mimo wszystko rozchodzi się to po bokach. Tak ja sobie wyobrażam rodzinę.

Ale niestety to tylko moje wyobrażenia. Moja rodzina wcale taka nie jest. Wszystko jest na odwrót. Nie kojarzy mi się z niczym przyjemnym, bliskie osoby są wręcz dalekie, nikt nie pała się żeby wesprzeć Cię w trudnych chwilach, ba nawet zaatakują, bo wiecznie TY coś robisz źle. Stosunki niekiedy są gorzej niż wrogie.  Tak ogółem mówiąc wygląda moja rodzina i niby już do tego się przyzwyczaiłam, to zawsze nadzieja umiera ostatnia. Nadzieja w tym, że jednak każdy zimny człowiek ma uczucia. Mimo, że Ty się starasz, to i tak nikt tego nie docenia, a jak już, to zrobią tak, że odechciewa Ci się dalszego kontaktu.

 

 

Prawda jest taka, że w nie których przypadkach, więcej dobrego słowa usłyszysz od obcego niż od kogoś Ci bliskiego…. Smutne to, ale prawdziwe.

 

Inness

  • Napisane w kategorii:

Życie rodzinne z uzależnieniem

  • Napisane 5 czerwca 2013 o 22:55

Przyszedł czas, żeby w końcu z siebie to wyrzucić.

P. poznałam w ten sam dzień jak zakończyłam poprzedni związek, całkowicie przez przypadek. A pomyśleć, że gdyby nie kumple nie ruszyła bym się już z domu, gdy wróciłam po pracy i nie zdążyła bym Go poznać. Ale stało się, stety lub niestety. Ujął mnie tym, że był całkiem inny od moich byłych, ba jest nauczycielem, studia skończył, jest o 7 lat starszy ode mnie. Nie spotkałam jeszcze takiego na swojej drodze, w sumie wszystko się szybko potoczyło, pierwszy pocałunek w ten sam dzień, na drugi dzień zaproponował, że che ze mną być. Ja natomiast się wahałam, bo ledwo zakończyłam jeden związek, a tu drugi, ale weszłam w to. Na początku nie żałowałam, nawet było prawie jak w bajce.

Później ciąża, której oczywiście się przestraszyłam, mieszkałam jeszcze u matki, a że z nią nigdy nie miałam dobrego kontaktu, wiedziałam, że jak najprędzej muszę się stamtąd wyprowadzić. I nawet mi się to udało! W 5 miesiącu ciąży już wprowadzałam się do mieszkanka z P. Ślubu nie chciałam, a i On nie nalegał, więc tą sprawę mieliśmy za sobą, bo że tak szybko ciąża nastała, to ze ślubem chcieliśmy zaczekać. OCH! Jak ja się do dziś cieszę, że to nie wyszło!

Z początku nie było łatwo, on pochodził z rodziny, gdzie wszystko mamusia robiła, śniadanka, obiadki, kolacyjki pod nos, a On tylko z pracy i koleżki. Musiałam wiele rzeczy go nauczyć, rzeczy tak prostych dla człowieka, jak na przykład umycie za sobą dokładnie szklanki czy talerza. Ale nie o tym będę pisać. Gdy już wiedział co i jak, do końca ciąży myślałam, że będzie coraz lepiej, a jak tylko dzieciak przyjdzie na świat to będziemy wspaniałą rodziną. Ale nie, sprawy potoczyły się zupełnie inaczej. Zaczęły się już w ciąży coraz późniejsze powroty z pracy, że w szkole coś, że u matki był <bo do matki wtedy miał rzut beretem> ale sytuacja robiła się coraz gorsza. Potem było wracanie w nocy, ja już powoli siadałam z tego wszystkiego,jego szukaniem, proszeniem, żeby wracał do domu po pracy, płakaniem. Dwa razy wylądowałam w szpitalu, bo jak lekarz ustalił miałam ataki nerwo-bóli. Ja sama się ich bałam, bo w ciąży byłam jeszcze. Urodziłam praktycznie miesiąc po terminie, i ten miesiąc przeleżałam w szpitalu. Tam dostałam ostrego kaszlu, krótko przed porodem. W końcu urodziła się A. Niestety dla Niej mój kaszel zakończył się zapaleniem płuc, a że w naszym szpitalu nie mieli sprzętu do ratowania takich małych dzieciaczków, wywieźli ją 30 km od mojego miejsca zamieszkania. Pierwsze 4 doby po porodzie były koszmarne, wszędzie płaczące dzieci wkoło, a ja sama na tym łóżku szpitalnym, bez mojej córki. Zadawałam sobie wtedy pytania, dlaczego mnie to spotkało? Ile po kryjomu w szpitalnej łazience pod prysznicem wylałam łez to wiem tylko ja. Swój pierwszy miesiąc życia A. przeleżała w szpitalu, jeździłam do niej kiedy tylko czas pozwalał i siedziałam przy inkubatorze ile tylko miałam sił, ale po cesarce pozycja siedząca non stop nie była zbyt przyjemna. W końcu wyszła ze szpitala, wszyscy bliscy byli wzruszeni, tak bardzo się nią przejmowali. Ale póki co jest zdrowa :)

Kiedy A. miała parę miesięcy w domu rozpoczął się już totalny rozjeb w naszej rodzinie, ja wiecznie w nerwach, On nadal wychodził rano do pracy i zjawiał się późno, co raz później, nad ranem. Nie potrafiłam pojąć jak może tak postępować, mając świeżo założoną rodzinę. Co się z nim działo. Wszyscy na początku myśleliśmy, że pije, bo za każdym późniejszym powrotem do domu czułam ten wstrętny alkohol. Ale po 1,5 roku takich manewrów, prawda wyszła na jaw.  Oznajmił mi, że ma długi. Dużo długów. Dług na prawie 100 tysięcy złotych, bo wszystko przegrał na maszynach. Jest hazardzistą. A ja jak to usłyszałam, poczułam jakbym stała w długim korytarzu, daleko od Niego i nie rozumiałam co do mnie mówi. 5. listopada 2011 roku mój świat legnął w gruzach. Moje życie zaczęło coraz bardziej się psuć, stawało się nie raz tak nie do zniesienia, że nie wiedziałam skąd mam brać siły na kolejny dzień.

Na życie zostawały mi gorsze, miał wszędzie pobrane pożyczki, po bankach, znajomych. Przyznał się dopiero wtedy, kiedy już nigdzie nie mógł wziąść pożyczki, bo już limit był skończony. Potem sprawy się ułożyły, oczywiście z pomocą szła jego matka. Bo Ona da sobie, właściwie kiedyś , teraz już wie, że to byłoby nie opłacalne dla Niej, rękę uciąć za swojego synka. Spłacili mu kredyty w bankach, które były pobrane na 6 lat, a rata wynosiła jego większość wypłaty. Ale ma to spłacać im, swoim rodzicom, mniejszą ratę, ale już nie z takimi odsetkami, jakie by miał w banku. Teraz wiedzą, że spłacając mu pożyczki, otworzyli mu tak naprawdę wrota do kolejnych. Na życie zostawało trochę więcej, ale dało się przeżyć. Ale co z tego, jak nasze relacje zepsuły się już do tego stopnia, że ja nie mogłam na niego patrzeć, a On na mnie.

Po roku nie chodzenia do kasyna, znów w przeciągu 3 miesięcy zrobił dług na kwotę 20 tysięcy. Nie zdążyłam otrząsnąć się dobrze, z jednego długu, znów narobił drugiego. I znów na życie nie starcza, dodatkowo wcześniej już zmniejszyła się liczba godzin w pracy to i wypłaty mniej. Nasze relacje są już u kresu wytrzymałości. Dlatego postanowiłam, że dość się już nacierpiałam, dość mam życia w strachu, kiedy znów pójdzie do kasyna i muszę chcąc, czy nie, wziąść sprawy w swoje ręce. Jeszcze tylko kilka miesięcy i zabieram się stąd z A.  Póki co jeszcze muszę trochę pocierpieć.

Mam 23 lata i mam dość już takiego życia. Czas żeby teraz On odcierpiał swoje, a potem ja zaśmieje mu się tak w twarz jak On mi, kiedy ponad połowę swojej wypłaty oddaje ze spokojem na swoje długi, a mi z bezczelnym uśmiechem na twarzy daje psie grosze.