Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'problemy'.
Wyświetlam 1 - 10 z 14 notek

Świąteczny czas!

  • Napisane 22 grudnia 2016 o 14:37

Jeszcze uda mi się coś naskrobać w tym starym roku. Długo się nie odzywałam, bo miałam ciężki okres. Coś ostatnio u mnie bywa za często. Jest ok, a zaraz na drugi dzień potrafi znów tak zbałamucić mój nastrój, że jestem okropna dla większości. Co to jest? Sama bym chciała wiedzieć i się tego pozbyć… Wszystko wkurza mnie na około. Nie wiem, czy to brak słońca. Czy może tego, że czasem czuję się jak uwięziona w jakieś wieży, ale z dwójką dzieci. Niby wychodzimy wszyscy razem – tu coś zjeść, tu na zakupy, tu do znajomych – ale nadal to dziwne…

Konflikt, dieta

  • Napisane 3 października 2016 o 20:53

Wczoraj wzięłam się za sprzątanie mieszkania. Tak wiem, niedziela była. Ale chyba wolę czasem posprzątać w niedzielę, bo to tak nudny dzień że nie wiem co mam ze sobą zrobić. Dziś dokończyłam i nawet udało mi się pozanosić parę rzeczy do piwnicy, które już dawno powinny zostać wyniesione.

Dziś święto w Niemczech, więc wszystko pozamykane i A. jest również w domu, bo przedszkola też mają wolne. Także dziś również mam uczucie, jakby nadal była niedziela.

Z S. znów jesteśmy na złej ścieżce. Nikt do nikogo się nie odzywa. I choć atmosfera jest napięta, cisza jest pomiędzy nami (po raz kolejny) to mam wrażenie, że raz mi to pasuje a z drugiej strony jest bardzo uciążliwe. Z jednej strony mam spokój, że nikt mi nie wisi nad uchem (oczywiście poza A.), nikt mnie nie irytuje, nikt nie rzuca dziwnymi tekstami. Z drugiej strony irytuje mnie to co się dzieje, irytuje mnie to, że czasem powiem co mi na sercu leży, a on potrafi tak wyolbrzymić temat, że potem jest jak jest. Irytuje mnie to, że nie potrafimy czasem porozmawiać jak na ludzi przystało, że później on siedzi wgapiony w telefon (jak zawsze) lub ogląda film, na który czasem nawet nie patrzy. Irytuje mnie to, że czasem czuję się jakbym miała 3 dzieci w domu, że jego UROJENIA w głowie przewyższają trzeźwe myślenie i na koniec jego duma i honor… Czasem ciężko jest, bo tak naprawdę kłócimy się o bzdury. Udaje dorosłego, ale tak naprawdę jak nie ma ludzi w pobliżu to w domu wcale taki nie jest. Ja oczywiście nie jestem bez winy, ale wydaje mi się, że ktoś kto kończy 36 lat powinien z innej perspektywy patrzeć na pewne rzeczy. Czasem czuję jakbym rozmawiała z facetem mojego wieku. Który poznaje dopiero co to życie dorosłego człowieka…

I tak sobie nie rozmawiamy już 2 dzień. Nie wiem ile jeszcze to potrwa. Chciałam konflikt zażegać, ale on był uparty. Uffff………!

Poza tym dziś przeszłam na dietę. Mam wiele rzeczy, w które nie mogę wejść po ciąży i strasznie mnie to wkurza. Dużo mi nie zostało do wagi sprzed ciąży, a powinnam ważyć o wiele mniej kilogramów nawet przed ciążą. Pomyślałam, że jeżeli tak bardzo brakuje mi motywacji i chęci, bo gasną one po 2-3 dniach… Będę ważyć się co tydzień i tutaj zapisywać wyniki. Obym wytrwała!

__78.3→__________________________________

 

Inness

Problemy mieszkalne

  • Napisane 30 stycznia 2016 o 19:12

Przyjechałam do Niemiec w sierpniu 2013 roku. Z mieszkaniami był mały problem, ale znalazłam już po 2 miesiącach szukania. W sumie to S. je znalazł. Cieszyłam się, że w końcu mam swoje mieszkanie i mogę się przeprowadzić od koleżanki, u której mieszkałam.

Poza tym w Polsce też niby miałam mieszkanie, ale głównym najemcą był ex, ja byłam tylko zameldowana z A. Zaraz po przeprowadzeniu się na nowo urządzone mieszkanie, od jego brata usłyszałam dokładnie dzień po, że nie jestem u siebie i mam się nie odzywać, bo jak sobie przypominam powiedziałam coś co było mu w niesmak. I tak się to już potem ciągnęło, że nie u siebie. Problem z meldunkiem oczywiście też musiał się pojawić. Wcześniej wynajmowaliśmy mieszkanie przez rok czasu od kumpla ex. Później ex wygrał na przetargu mieszkanie, ale oczywiście do gruntownego remontu. Podczas wynajmu byłam nadal zameldowana u matki, po urodzeniu A. też była zameldowana na adresie mojej matki. Po wprowadzeniu się na mieszkanie, matka ex stwierdziła, że córka mojego ex może być zameldowana na nowym mieszkaniu, a ja mam pozostać u matki z meldunkiem. Gdy ex wrócił do domu z taką nowiną, wkurw mnie ogarnął niesamowity. Zapytałam dlaczego? Co jest tego powodem, bo takiego genialnego pomysłu ze strony jego rodziny się spodziewałam. Ex powiedział mi, że jego rodzice boją się, że gdy się zamelduję będę się rządzić i w razie naszego rozstania ja będę się domagać praw do mieszkania. Powiedziałam, że to jakiś absurd. Albo staramy się stworzyć rodzinę, albo nie. Albo zameldują nas tam we trójkę, albo ja i dziecko pozostaniemy na mieszkaniu mojej matki zameldowane. Powiedziałam, że nic innego nie wchodzi w grę. Dziecko idzie tam, gdzie ja. W ciągu całego tego remontu ciągle słuchałam, że oni to robią dla nas, a nagle gdy przyszło do formalności to ja jestem tam jak jakiś szczur. Niby mieszkam tam, ale bez żadnych praw. Ex porozmawiał z „rodziną” i na szczęście nawet nie brał tego pomysłu pod uwagę. Choć raz usłyszałam od niego, że czemu nie może tak być?!

Później przez cały pobyt tam czyli jakieś 2 lata słyszałam co jakiś czas, że to oni wyremontowali mieszkanie, bo ex udawał że nie ma pieniędzy a tysiącami obracał w kasynie. No i oni to zrobili dla syna i wnuczki. Gdy w końcu postanowiłam w czerwcu 2013, że nie mam po co tam dalej przebywać i wyjeżdżam za granicę nagle zdania się poodwracały. Dlaczego wyjeżdżam? Dlaczego nie zostanę? Czemu chcę zabierać córkę ojcu? Na te i inne pytania odpowiadałam milion razy, ale nikt nie chciał tego zrozumieć. Po kolejnej nie ukończonej terapii ex, po kolejnych awanturach zamieniających się w piekło, z 200 zł do przeżycia na miesiąc z małym dzieckiem, przez odrazę, wstręt i coraz większą nienawiść rodzącą się we mnie do ex, z coraz większymi problemami, by jakoś to pogodzić, z uczuciem cholernej samotności i żadnym wsparciem….. I, i, i, i……. Powodów było mnóstwo, by wyjechać. Pod koniec, by wybić mi to z głowy rodzina ex chciała mi uświadomić, że to nie jest tak kolorowo jak mi się wydaje wyjechać do obcego kraju. To wszystko bzdury, że tam mi będzie lepiej. Nawet jeśli dostanę mieszkanie i pieniądze, to będę tęsknić i będę tego grubo żałować. Pomysł narodził się, by oddać mi mieszkanie. To właśnie, które ciągle było mi wypominane. Które było podkreślane, że nie mam do niego żadnych praw. I na końcu całkowite niezrozumienie, że postanowiłam wyjechać zamiast przyjąć tak szczodry prezent w postaci mieszkania. Moje argumentowanie, że to będzie tylko na chwilę. Że potem nikt życia nie będzie miał. Ja – bo nie jestem nadal u siebie, bo siedzę na sępa, bo moja rodzina nie pomogła tyle w remoncie co oni, bo ex musi mieszkać u rodziców, a ja siedzę nie u siebie… Ex – bo jest bez mieszkania, bez grosza przez uzależnienie, bo nie mieszka z córką pomimo tego, że to jego mieszkanie… No i kochani rodzice ex – bo oni włożyli tam mnóstwo pieniędzy, a teraz ktoś obcy tam jest. Powodów było jeszcze więcej, ale oni byli święcie przekonani, że oni oddają mi to mieszkanie tak o i nie będę się w ogóle wtrącać. Co oczywiście było bzdurą. To miało mi tylko wybić z głowy pomysł, bym nie wyjeżdżała, bo co ludzie powiedzą? Ex, nauczyciel informatyki w gimnazjum, gdzie zrobił dziecko nieślubne i gdzie ono jest? Dlaczego ja wyjechałam? Wstyd.

Tak to mniej więcej wyglądało. Także nawet kiedy miałam niby ten dach nad głową to nie był mój. Gdy mieszkałam jeszcze z matką też nie było za wesoło. Ciągłe awantury, problemy, wyzwiska, wieczne niezadowolenie, zero prywatności. Mam dwie siostry i póki najstarsza się nie wyprowadziła to mieszkałyśmy wszystkie we czwórkę na kawalerce. Gdy starsza się wyprowadziła, to zrobiło się trochę luźniej. Ale i tak prywatność to było tylko marzenie. Zaczęłam praktyki, później pracowałam no i matka zaczęła wymyślać, bym jej pomagała w utrzymaniu mieszkania. Kawalerka z pomocą zasiłku do mieszkania, nie kosztowała drogo, ale rozumiałam i chciałam jej pomóc, bo nie lubię uczucia gdy ktoś coś dla mnie robi a ja nie daję nic od siebie. Lecz ona zawsze była bardzo skąpa i żerowała na każdy grosz. Kawalerka w tych czasach kosztowała z 300 zł z wodą plus prąd. Mimo tego ona chciała ode mnie 400 zł co miesiąc. Dawałam, ale gdy usłyszałam, że środki do czyszczenia też kosztują to miałam dość, bo zdawałam sobie sprawę, że to co oddaję i tak jest za dużo. Zdałam sobie sprawę, że muszę coś ze sobą zrobić i tak wyjechałam do Holandii do pracy. Wróciłam i zaczęłam znów pracować w Polsce. No i na nowo kosztowne rachunki za kawalerkę z matką i siostrą, która potem zaczęła również uciekać za granicę. Zawsze nas obie ciągnęło za granicę…

Tak więc mieszkanie, które mam aktualnie było pierwszym moim, które było tylko dla mnie i córki. W końcu wiedziałam, że mam coś swojego i nikt nie będzie żerował na mnie lub nikt nie będzie wypominał, że nie jestem u siebie. Zawsze wiedziałam, że mam coś swojego. Lecz mieszkanie okazało się niewypałem, zimne w zimę i to cholernie. Latem w upały za gorąco, na tyle że gdy ruszysz się coś zrobić to pocisz się, jakbyś wróciła z joggingu. Grzyb i wymóg jakiegoś grubszego remontu. Więc gdy znaleźliśmy mieszkanie z S. popłakałam się  ze szczęścia. Dzieli mnie od niego tylko 30 dni. Lecz 2 lata temu, gdy przyjechałam nie było aż takiego problemu z mieszkaniem, jaki jest teraz. Właśnie przez powiększającą się liczbę obcokrajowców. Dziś właściciel mieszkania przyszedł z mnóstwem ludzi, by mogli zobaczyć mieszkanie. Moje mieszkanie będzie wolne od 01.04 więc ludzi zainteresowanych nie brakuje. Ale jak tylko sobie pomyślę co czeka ich na tym mieszkaniu to jest mi ich żal. Szczególnie tych z dzieckiem. Nie mogę ich uprzedzić i odradzić, bo właściciel jest od odpowiadania na pytania. Trzy kobiety stanęły w pokoju A. i pytają mnie o ścianę, która jest w opłakanym stanie. Spojrzałam tylko na nią, a ona już zrozumiała co mam do powiedzenia. Wyszeptałam tylko po cichu, że nie chce nic mówić, ale to mieszkanie to katastrofa. Podziękowała mi na głos i pożegnała się nie zamieniając słowa z właścicielem. Reszta ludzi zobaczyła mieszkanie i wyszła po chwili. Została tylko kobieta z facetem i córką w wieku szkolnym. Jej już nie udało mi się  uprzedzić, bo rozmawiała z właścicielem.

Wiem tylko jedno, następni ludzie mieszkający tutaj będą żałować, że się tutaj wprowadzili…

 

Inness

!!!!!!!!!!!!!!

  • Napisane 27 listopada 2015 o 17:39

Ohhhh…. Wczoraj była makabra… A. znów narozrabiała w przedszkolu. Ja wychodzę z siebie!!!!!!!!!!!!!!!!!

Poszło o głupotę, jak zawsze, a skończyło się na opluciu, ugryzieniu i zbicie przedszkolanki przez A. Ja do głowy dostaję. Co jeszcze mogę zrobić, by ona w końcu się opamiętała na dobre? Nie mam ochoty w ogóle oddawać ją do przedszkola, by potem wysłuchiwać takich rzeczy o niej. Dobija mnie ta sprawa z nią. Nie mam na to już żadnych słów…!!!!!!!!!!!!!!

S. nie pojechał wczoraj, ale ma ponoć wyjechać we wtorek. Wolałabym, żeby nigdzie nie wyjeżdżał, ale z drugiej strony patrząc na moje zmienne stany humorów, chyba przyda mi się pauza, wyciszenie, trochę samotności, odpoczynku, czy jakkolwiek by to nazwać… Sama nie wiem. Po wczorajszej akcji A. znów wszystko mnie irytuje i mam dość. To trwa już rok i nie puszcza. Na samą myśl o tym łapie mnie taki wkurw, że nie umiem tego opisać. Ileż można…

Wczoraj byłam też u ginekolog. Nie robiła mi USG, ale zbadała, próbowała znaleźć serduszko i posłuchać, ale jak zawsze nie dało się uchwycić. Słyszałam tylko przez moment. Jedyna dobra wiadomość ze wczoraj, to to, że nie muszę czekać do końca stycznia, bym dostała to cholerne zwolnienie do końca ciąży, tylko przy następnej wizycie mi wypisze. Oby, bo nie wyrabiam. We wtorek siedziałam ze łzami w oczach na lekcji, zero dobrego samopoczucia, ból pleców, zero koncentracji. Przepisała mi też wczoraj pas podtrzymujący brzuch, by odciążyć plecy. Mam nadzieję, że pomoże na tyle bym nie miała takiego bólu jak wczoraj, gdy wróciliśmy od lekarki. Gdyby nie S. i ten masaż, to nie ruszyłabym się już do następnego dnia z łóżka…

Chciałabym zasnąć snem jak misie na zimę i przespać to co złe, cały okres, który został do porodu, poród i przeprowadzkę.

 

Inness

Kolejne rozmowy i szukanie rozwiązań

  • Napisane 17 listopada 2015 o 17:25

Poruszyłam dziś na zajęciach temat A. z nauczycielką, bo w końcu ona powinna znać lepiej temat. Opowiedziałam pokrótce jak sprawa wygląda i co wczoraj powiedziała mi przedszkolanka. Ona niestety nie słyszała nigdy o przedszkolach innych niż zwykłe, ale obiecała się zapoznać i mnie doinformować. Jeśli chodzi o tę szkołę specjalną, powiedziała bym na zapas się nie martwiła, bo to w końcu jeszcze szmat czasu, kiedy A. będzie musiała iść do szkoły i być może do tego czasu się ogarnie. A jeśli nawet nie, to zawsze mogę ją dać do szkoły w wieku 7 lat a nie 6.

Jakieś pocieszenie dla mnie to jest. Być może, jak nie uda się tego okiełznać do 6 roku życia, to być może starsza o rok będzie inna i wtedy uda się ją dać do szkoły bez obaw… Z lepszą nadzieją przy duszy postanowiłam znów dziś porozmawiać, ale tym razem z dyrektorką z przedszkola. Powiedziałam, nad czym myślałam wczoraj i dziś. Ona powiedziała, że ciągle szukają jakieś pomocy, w sensie jak pomóc A; by uciszyć te nie potrzebne nerwy, że jest w przedszkolu pewna pani, która może codziennie rano przez pół godzinki z A. pouczyć się niemieckiego, bo być może wtedy coś się zmieni. Myślę, że może i nie tak dobra znajomość języka przeszkadza jej w danym momencie, gdy nadchodzi ten cały wybuch. Oczywiście się zgodziłam, bo chcę wszystkiego spróbować by pozbyć się tego zachowania.

Jak zostałam znów poinformowana, A. znów dziś krzyczała, ale potrafiła się szybciej niż wcześniej uspokoić.

Gdy mnie zobaczyła, jak przyszłam ją odebrać przyznała mi się sama od siebie, że była afera. Nie skłamała jak co dzień. Poczułam, że jednak z wczorajszej naszej rozmowy coś wyniosła.

Zobaczymy, co będzie dalej.

 

 

Przykre wiadomości

  • Napisane 16 listopada 2015 o 18:54

Niezbyt miła wiadomość w połowie dnia do mnie przyszła.

Poszłam odebrać A. z przedszkola. Przedszkolanka zaraz podeszła, bo chce ze mną porozmawiać. Już miałam nogi jak z waty… Poinformowała mnie, że z A. nadal nie ma poprawy. Nadal są krzyki i płacze. Nie słucha innych pań, poza nią lecz i tak nie obywa się bez tych przykrych rzeczy… Zapytała czy w czwartek, następny poniedziałek i wtorek A. może zostać w domu. Na pytanie „dlaczego” odpowiedziała, że jej nie będzie w tych dniach, a inne przedszkolanki z grupy nie dają sobie z nią rady, bo tylko ona jakoś potrafi ją szybciej uspokoić, by nie doszło do większych afer i rzucaniem czymś. Odpowiedziałam, że w czwartek nie ma sprawy, ale z przyszłym tygodniem będzie ciężko, bo muszę być na zajęciach. Powiedziała również, że jednak w przyszłym roku będzie musiała iść do innego przedszkola, w którym są mniejsze grupy dzieciaków i przedszkolankami są psycholodzy. A jeśli to nie pomoże, to nie będzie mogła iść do normalnej podstawówki, tylko do specjalnej.

Nie bardzo wiem, na czym polega tutaj szkoła specjalna. Zaczęłam szukać w internecie. To szkoła dla upośledzonych dzieciaków, niepełnosprawnych lub z problemami w nauce czy zachowaniu.

Przyszłam do domu i się rozpłakałam, bo niezbyt miło jest słuchać takich rzeczy o swoim dziecku. Czytam o tej szkole i jest mi strasznie przykro. A. jest naprawdę mądrym dzieckiem, potrafi ładnie malować, rysować, zna literki, cyferki, potrafi się też ładnie bawić, szybko się uczy. Ale co z tego, jeśli przez swoje krzyki i płacze w przedszkolu o głupoty niszczy sobie szansę na zwykłą, normalną edukację. Serce mi się kroi….

Po raz kolejny rozmawiałam z nią dziś, najbardziej przykre jest dla mnie to, że codziennie gdy już ją odbieram sama mi woła, że była dziś grzeczna i że nie kłamie. A jednak… Boi się konsekwencji i dlatego chyba się nie przyznaje… Próbowałam jej wytłumaczyć, że przez swoje zachowanie może zostać wypisana z przedszkola, że będzie musiała iść do innego, że nie będzie tam kolegów i koleżanek z dotychczasowej grupy, że jeśli nadal tak będzie to i do szkoły pójdzie innej. Wszystko przez to zachowanie.

Widziałam jak jej przykro było, że się popłakała. Powiedziałam również, że wiem doskonale, że jest mądrą i bardzo zdolną dziewczynką i że nie chcę jej dawać do innego przedszkola, czy troszkę innej szkoły. Próbuję jej jakoś to wyperswadować.

Przestała – mam nadzieję, bo przedszkolanka mi już nie donosi takich rzeczy – rzucać stołami i krzesłami i czym popadnie, to mam nadzieję, że też przestanie się tak zachowywać.

Oby, bo moja nadzieja powoli się wypala.

 

Inness

Narastająca dziwna i zła atmosfera

  • Napisane 13 listopada 2015 o 10:31

  Obrazek wyżej doskonale oddaje, to co w tej chwili przeżywam. Po każdej burzy, nastaje słońce. Owszem. W moim przypadku ostatnio wychodzi ono na chwilę. Próbuję wszystko przełknąć. Ale nie mogę tak całe życie. Nie jestem odporna na takie rzeczy. Myślałam, że chwyciłam w końcu byka za rogi, że w końcu coś wygrałam. Ja rozumiem, że wszyscy mamy problemy, chcemy się wygadać, potrzebujemy wsparcia, dobrego słowa. Ale jak można codziennie się tym zadręczać? Przecież to człowieka prowadzi w złą stronę. Wstajemy codziennie rano, żeby zacząć nowy, oby choć trochę lepszy dzień od poprzedniego. Ale nie rozumiem, jak można codziennie wstawać…

Bardzo złe dni

  • Napisane 10 listopada 2015 o 21:26

Mam okropne dni. Nie potrafię zasnąć, a jeśli już to budzę się co godzinę, więc ciągle chodzę niewyspana. Od dwóch dni najchętniej siadłabym i płakała, jak wypłaczę się to boli mnie głowa i oczy są napuchnięte. Wtedy jestem zmęczona i marzę o wyspaniu się, co teraz graniczy z cudem. Po jakimś czasie znów zbiera mi się na płacz. Tabletki, które przepisała mi ginekolog na sen – nie działają. Nie wysypiam się, mam jakieś nabuzowane nerwy i to wszystko sprawia, że miałam ochotę coś rozwalić. Wypłakałam się dziś histerycznie. S. wziął i objął mnie mocno, bo widział, że źle ze mną.…

Problem z kurtką i furią

  • Napisane 13 października 2015 o 17:49

Opuściłam się w pisaniu. Straszliwie.

Niewiarygodne, że połowa października może być tak zimna! Próbowałam się dziś wbić w kurtkę zimową z tamtego roku, ale nie dopinam się. No i mam problem. Muszę się w coś zaopatrzyć. Problem następny polega na tym, że w Niemczech kupisz wszystko firmowe i drogie. Ewentualnie zostaje ci Ebay. Kupować drogą kurtkę, która na przyszły rok będzie za duża nie jest najlepszym pomysłem. Lecz z pomocą nadchodzi druga połowa szafy. A mianowicie należąca do S. Niemożliwe, że facet potrafi mieć tyle par spodni, bluzek, koszul czy kurtek! Jest pierwszym facetem u którego takie coś spotkałam. Wiem, że nie jest wyjątkiem na tym świecie ale mimo wszystko czasem, gdy otwieram jego część garderoby, by włożyć tam świeżo uprane ubrania – nie mogę uwierzyć, że prawie dorównuje mi. Czasem jest to dla mnie zabawne i śmieję się z niego.

No więc szukam między jego kurtkami coś dla siebie i znalazłam w dość przyzwoitym zielonym kolorze kurtkę, w której mam zamiar przez jakiś czas przejść ten okres, w którym mój brzuch nie osiągnie maksymalnych rozmiarów.

Z A. mam problemów czasem co niemiara. Byłam już z nią u psychiatry, parę wizyt psychologa i wszyscy powtarzają obserwacje. Nikt nie może dać jakiegoś rozwiązania. Wiem też, że to wcale nie jest takie łatwe. Ma problem z emocjami. Jest naprawdę zdolnym dzieckiem, gdzie sama to spostrzegam i słyszę z przedszkola. Lecz czasem są dni, kiedy o małe bzdury wścieknie się tak, że w przedszkolu lata wszystko w powietrze. Wtedy dostaję telefon, że mam odebrać córkę z przedszkola. Parę razy nie wytrzymałam (plus hormony) i popłakałam się w obecności przedszkolanki, kiedy przyszłam odebrać A. i zobaczyłam pokój z porozwalanymi stołami, krzesłami i zabawkami. Sama stoi i wrzeszczy na cały regulator. Nie jest to łatwe, ale muszę wysłuchać co się znów stało, kazać jej wszystko posprzątać, ubrać i wracamy do domu. Są rozmowy w domu. Wie jak może się zakończyć to wszystko, jeśli nie zmieni swojego zachowania, ale i tak za jakiś czas słyszę że powtórzyło się wszystko. Nabroi, a potem się tego wstydzi. Jest ciężkim orzechem do zgryzienia. Ja sama mam tylko nadzieję, że to tylko taki okres u niej i wszystko w końcu minie. Okres, który już trwa rok czasu…

Mam również nadzieję, że zmieni się coś jeśli urodzi się jej braciszek. Na pewno coś się zmieni. To wiem na pewno. Nie wiem tylko czy w dobrą stronę czy w złą…

 

Inness

W końcu jest lepiej! Mimo tej okropnej pogody

  • Napisane 31 marca 2015 o 17:22

W końcu lepiej! Jak to tym razem spieprzę, to strzelę se w łeb!   Nie będę psuć sobie resztę połowy dnia na przykrości i rozmyślanie. Starczy tego! Dziś byłam znów na poborze krwi. 13 kwietnia znów szczepienia… Boże! Ale to wszystko egal! Później miałam termin w urzędzie, poszłam więc z Papi. Się okazało na miejscu, że to nie jest zwykły termin z doradcą, tylko spotkanie dla samotnych matek, które nie pokończyły szkół przez ciążę i nie mają żadnego zawodu. Totalna pomyłka! Przecież mnie to kompletnie nie tyczy! Posiedziałyśmy z Papi, posłuchałyśmy, powymieniałyśmy się uwagami i po ponad 40 minutach wyszłyśmy…