Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'dobre wieści'.
Wyświetlam 1 - 3 z 3 notek

Światło w ciemnym długim tunelu

  • Napisane 19 października 2016 o 22:40

Z rana urwanie głowy. Nakramić Ss; w tym czasie dobudzić A. i przypilnować, by nie ubierała się 20 minut. Zrobienie śniadania do przedszkola, zaprowadzenie A. na dół kiedy podjeżdża bus. Ubrać się, ubrać Ss. i nie spóźnienie się na umówiony termin. Zdążyłam na czas. Uff… Ale poranek był masakryczny. Do tego cały dzień lało. Była umówiona z dyrektorką lub psychologiem – sama nie wiem, jak ją opisać – w sprawie A. Co dwutygodniowe spotkania… Psycholożka powiedziała jasno, że u A. widać poprawę jeśli chodzi o jej frustrację. Nie krzyczy już tak i nie wyje (inaczej się tego nie da opisać).…

Miły weekend i wzruszająca wiadomość

  • Napisane 30 listopada 2015 o 21:26

Cały weekend był w drodze, tzn. narobiliśmy masę kilometrów. W sobotę 5 godzin i w niedzielę. Nie wiem jak ja to wytrzymałam… Było ciężko, szczególnie ciężko jest z powodu dużego brzuszka.

Byliśmy odebrać córkę S. i pojechaliśmy do Bonn na Jarmark świąteczny. O wiele większy niż tu, gdzie mieszkamy. Pochodziliśmy, pooglądaliśmy, pozwiedzaliśmy. Pogoda nawet dopisała i wróciliśmy późno do domu. W niedzielę trzeba było odwieźć córkę od S; bo nie mieszka w tym samym mieście i znów 2,5 godziny jazdy do Sankt Augustin, wskoczyliśmy do KFC coś zjeść, potem jechaliśmy godzinę do kuzyna od S. do Krepeld i z powrotem do domu ponad 2 godziny. Jak tylko weszłam do domu, to piżama i łóżko. Taka trasa jest naprawdę męcząca. Ale to był miły weekend. Miło było coś zobaczyć, wyrwać się choć na chwilę z miasta, pobyć z rodziną.

Dziś nie poszłam do szkoły, ponieważ w związku z rezerwacją mieszkania tylko do 04.12.15 – to czas abyśmy zdążyli dać znać czy bierzemy to mieszkanie czy nie – postanowiłam iść z S. do firmy, z której przyszła oferta wspomnianego przeze mnie wcześniej mieszkania. Jak się okazało słusznie postąpiłam, bo sprawdzali mnie jak i S. pod względem, czy posiadamy zadłużenie bankowe. Oczywiście nie posiadamy owego, więc mieszkanie otrzymaliśmy!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Nie mogłam w to uwierzyć. Pod koniec już rozmowy nie mogłam nic więcej wydusić z siebie, bo połykałam już łzy szczęścia. Miałam ochotę tą kobitę uściskać, ale postanowiłam podziękować podaniem jej ręki. Wyszłam z biura i łzy zaczęły mi płynąć i nie potrafiłam ich powstrzymać. S. podszedł cały uśmiechnięty, objął mnie i powiedział tylko „Już dobrze, udało nam się”. Miałam nogi jak z waty.

Ile stresu przez szukanie mieszkań nas nachodziło. Od sierpnia szukaliśmy mieszkania. To ciągłe oglądanie, składanie papierków i dostawanie odmowy zabijało w nas nadzieję… Ale w końcu się udało. Co prawda nie podpisaliśmy jeszcze żadnej umowy, bo mamy ja podpisać za około 2 tygodnie, ale Pani zza biurka powiedziała stanowczo, że mieszkanie jest nasze. Facet, który tam mieszka ma się wyprowadzić do 15.01.16 i potem wchodzi ekipa remontowa. Będzie łazienka od nowa robiona, toaleta i wanna nowe, pokoje od nowa malowane. W Niemczech, jeśli uda ci się dostać mieszkanie z firmy, to mieszkanie dostajesz jak nowe, a nie takie rudery jak w Polsce. Ściany co prawda białe, ale nie w katastrofalnym stanie, jak miałam okazję przekonać się w Polsce.

Lecz i smutna nowina jest taka, że jednak jutro S. musi wyjechać do Iraku, by załatwiać to co miało być już załatwione. Ważne dokumenty, przedłużenie ich. Nie wiadomo dokładnie kiedy wróci, za 10 dni, może mniej? Może więcej? Dobija mnie ta sprawa. Ale pociesza fakt, że w maju wyjechał na całe 4 tygodnie, a tym razem będzie krócej. Oby!

 

Inness

Rewolucja brzuchowa part. II

  • Napisane 13 lipca 2015 o 22:49

Przez parę ostatnich dni, zastanawiałam się – jak tu wejdę – czy zmienić nazwę bloga… Przez nadchodzące zmiany. Ale postanowiłam, że na razie jest dobrze jak jest.

Zmiany…

Są i to wielkie. A raczej nastąpią.

03.07.2015 to była przełomowa – następna – data w moim życiu. Chodziłam już nerwowa od paru dni i wiedziałam co się może święcić, ale nie wierzyłam w to, bo czekałam na to dość długo i nie brałam tego na poważnie, że jednak mogło się udać. Od dwóch dni szukałam owego „przyrządu”, bo wiedziałam, że gdzieś miałam schowany. W końcu trzeciego lipca, w piątek znalazłam. Użyłam „przyrządu” no i kiedy pokazały się dwie kreski, burknęłam do siebie tylko: „No oczywiste to jak słońce”.

Jestem w ciąży.

Najpierw się rozpłakałam. Sama nie wiem czemu. Kiedy po 15 minutach się lekko uspokoiłam, zadzwoniłam do S. czy może wcześniej urwać się z pracy, ale on jak to on zaczął wypytywać przez telefon, dlaczego. Nie chciałam go w ten sposób informować, więc odpuściłam i powiedziałam, że może wrócić normalnie z pracy – jak zwykle. Po 10 minutach oddzwania i pyta, czy jestem w domu, bo zaraz przyjedzie. Zaczęłam się denerwować… Wyciągnęłam z szafy, wcześniej – prawie rok temu – zakupione małe skarpeteczki i schowałam pod poduszkę.

Przyszedł…

- O co chodzi?

- Kochasz mnie?

- Co za durne pytanie, no jasne, że tak…

Zaczęłam się jąkać i trząść…

- Muszę Ci coś powiedzieć…

I odwracam się, żeby sięgnąć po skarpeteczki.

- Jesteś w ciąży?

Myślę sobie, co psujesz niespodziankę? Mimo tego podaję mu skarpeteczki i mówię

- Będziemy w końcu tego potrzebować.

- Na prawdę????

Mi głos się już załamał…

- Na serio będę drugi raz ojcem?

Jego łzy w oczach i zdumienie rozbroiło mnie do końca i wybuchłam płaczem.

- Boże, ukradłaś mi serce…

No i zaczął obsypywać mnie pocałunkami po twarzy. Wzruszyłam się do potęgi. Lepszej reakcji nie mogłam się spodziewać.

Oboje byliśmy w szoku, ponieważ o dziecko staraliśmy się prawie przez rok. Nie wychodziło nic a nic. W końcu zostawiliśmy to na pastę losu. Co ma być to będzie. 27 lipca miałam termin do ginekolożki w sprawie terapii, na podstawie tabletek, żeby ciąża w końcu się pojawiła. A ona przyszła sama. 07.07 poszliśmy do niej i powiedziałam, że test okazał się pozytywny. Ucieszyła się, że wszystko odbyło się naturalnie, bez tabletek. Poszliśmy zrobić USG. Zanim cokolwiek powiedziała, ja już sama widziałam tą plamkę na monitorze. Lekarka pogratulowała serdecznie, a ja znów się rozpłakałam. 7 tydzień…

Niby nic, ale ciągle jestem śpiąca. Na szczęście nie wymiotuję, ale dziennie boli mnie brzuch. Co jest normą, jak to ginekolożka ujęła. Choć dziś o dziwo nie boli mnie nic. Za to w ciągu dnia nie umiem obejść się bez drzemki. No po prostu nie wyrabiam bez tego. Fasolka ma 1 cm. Następną wizytę mamy na 06.08. A. zareagowała szaleńczym śmiechem, kiedy ją poinformowaliśmy, że będzie starszą siostrą i codziennie wypytuje o dzidzię. Całuje mnie po brzuchu. Pokazywałam jej zdjęcia, jak dziecko się kształtuje, a ona co dzień pyta mnie: „Mamusiu, a dzidzia się kształtuje?”, „Jest już duża?” i mnóstwo innych pytań. Na badaniu byłam z nią i S. Dałam jej grę, by odwrócić jej uwagę, co dzieje się na kozetce, ale ją najbardziej zainteresowało to, jak to możliwe, że mamusia jedzie do góry na fotelu? I ona też chce…

Termin jest na 04.03.2016.  S. śmieje się, że chronologicznie rodzę dzieci: A. z lutego, następne z marca. Jak nadarzy się następne, to na bank będzie z kwietnia.

Tak więc rewolucja się szykuje…

 

Inness