Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'ciąża'.
Wyświetlam 1 - 8 z 8 notek

Praca nad mieszkaniem i stereotypy dla dzieciaków

  • Napisane 9 marca 2016 o 22:42

No tak, wczoraj położyłam się przed północą więc dziś o 7:00 już miałam pobudkę. Czułam, że jestem dość wyspana, bo 100% wyspana napisać nie mogę. Dlatego, że i tak wybudzam się ze snu w nocy, więc sen przerywany jest. Ale było lepiej. Popracowałam dziś, skończyłam rozpakowywanie łazienki, wysprzątałam ją. S. powiesił co miał, czyli firankę w sypialni, zegary, obrazki, garderobę i parę innych rzeczy. Na koniec umył podłogę w całym mieszkaniu. Ja po godzinie 18:00 z kolei czułam, że znów zmęczenie i chęć spania bierze górę. Na końcówce ciąży, jak dla mnie wysiłek szybko mnie męczy i tylko oczy uciekają mi w kierunku łóżka.

Założyłam dziś w końcu poszewki na pościel dziecka i ładnie prezentuje się cały komplet z baldachimem. Wybrałam pomarańczowy kolor z misiami, bo nienawidzę różu. Nie lubię tego stereotypu: dziewczynka – róż, chłopiec – błękit. Dla mnie to jakaś paranoja. Gdy byłam w ciąży z A. nigdy jej nie kupiłam różowego ciuszka, wszystko co było różowe dostała od kogoś. Wózek też miałam najpierw niebieski, a potem czerwono-czarną spacerówkę. Ty razem zrobiłam tak samo, ciuszki dominują w kolorach niebieskich, zielonych, kremowych, siwych, pomarańczach i innych jeszcze. Wózek czarny-beż. S. powybierał parę rzeczy różowych, więc przecież się nie będę stawiać. Nie żebym szła z jednej skrajności w drugą. Owszem dziewczynka może mieć ten róż, ale nie wszystko w różu. Od bluzeczki poczynając, kończąc na smoczku. Kiedyś widziałam zdjęcie od koleżanki na FB, która spodziewała się córki – jaki pokój jej urządziła. Tapeta różowa, w różowe kwiaty, łóżeczko różowe z różowym wypełnieniem i różowe miśki. Boże, myślałam że oślepnę. Lub co najmniej wypaliło mi całą paletę barw z oczu, oprócz różu. Nie lubię, nie, nie… Jak ktoś tak woli, proszę bardzo. Dla mnie to przesada.

Jutro muszę kupić prezent, bo A. dostała dziś zaproszenie na urodzinową imprezę od kolegi z przedszkola. Przyjęcie odbywa się w piątek, więc ja wybiorę się z A.   S. za ten czas pomaluje przedpokój, bo nadal czekaliśmy z malowaniem. A w sobotę wyruszam do szpitala. Boję się, ale co ma być to będzie…

Mam okropną zgagę po mięsie mielonym. Cholerną… Dziś S. zrobił pizzę na obiad. Jedną z mięsem mielonym i pomidorami, drugą z tuńczykiem, papryką, pieczarkami i trzecią margheritę. Pyszne, ale ta zgaga teraz jest okropna. Wszystko przez ciążę. Do tego puchnące dłonie. Prawa jest najgorsza, bo nią najwięcej pracuję. Rano nie umiem nic chwycić dłoniami. Nie potrafię palców zgiąć, bo bolą jak cholera. Później przestaje, ale w ciągu dnia potrafi ból wrócić kilkakrotnie…

 

Inness

Nowe mieszkanie, sąd i ciąża po terminie

  • Napisane 7 marca 2016 o 18:50

Długo mnie nie było. To przez nadmiar rzeczy jakie się pojawiły. Końcówka lutego i wskok do nowego miesiąca – marca – oznaczało wiele rzeczy do zrobienia. Urodziny A. udały się bombowo. Prezenty się podobały i tort z kucykami My little pony się bardzo jej podobał. Sprawa w sądzie zakończyła się pomyślnie dla mnie. Sąd odrzucił całkowicie wniosek ex i postanowił, iż sprawa musi się odbyć w Niemczech!!!! HA! HA! HA! Moja prawniczka powiedziała, że wyszedł z sali bez słowa. Zawiedziony na bank. Myślał, że wygra to o co wnioskował. Jestem ciekawa czy szarpnie się na rozprawę w Niemczech. A. miała…

Nadal wszystko źle

  • Napisane 11 lutego 2016 o 11:39

24 dni do porodu. Mam już dość tej ciąży. Mam dość: nieprzespanych nocek; wizyty w toalecie po kubku herbaty; uczucie kuli do kręgli w brzuchu; brak możliwości ubrania na to co akurat ma się ochotę; problem ze wstawaniem z pozycji leżącej; częstych opuchnięć dłoni; brak dobrego samopoczucia jak i humoru, chęć rozwalenia wszystkiego co ma się pod ręką; co dwutygodniowych wizyt u ginekologa; swojego odbicia w lustrze; brak bliskości z S; brak sprawności fizycznej; ciągły strach i stres przed porodem; tej huśtawki nastrojów Nie chcę już. Chcę by było po wszystkim. Końcówka jest najgorsza i najdłuższa. We wtorek przyszły paczki…

Uchodźcem być to nic fajnego + rodzina

  • Napisane 29 stycznia 2016 o 13:39

Chodzę rozdrażniona, nie wyspana, zmęczona, z uczuciem wielkiego kamienia w brzuchu, który naciska mi na pęcherz i daje stale znaki o dyskomforcie. Znaleźć dobrą pozycję do siedzenia graniczy z cudem. O staniu nie ma nawet mowy. Jeśli jestem na nogach to tylko i wyłącznie w ruchu. W miejscu ustać nie mogę, bo zaraz dziecko ciśnie mi brzuch w dół. Dziś jest 35 tydzień ciąży. Od paru dni ząb tzw. mądrości, który wychodzi już dość długo napieprza mnie tak, że jeść nie umiem. A dokładnie dziąsło. Byłam w środę u dentysty, dała mi jakieś lekarstwo i stwierdziła, że nie ma miejsca, dlatego tak boli. Przyniosło mi to ulgę na chwilę. Przed posiłkiem muszę się ratować tabletką, bo nie jestem w stanie przeżuć pokarmu.

Do tego wszystkiego noc jest okropnością. O północy naturalnie już mam zwłoki, więc po 12 w nocy przeważnie śpię, ale codzienne pobudki związane ze spacerkiem do toalety, ciągły zapchany nos (o dziwo tylko w nocy), kaszel który jeszcze tam gdzieś został no i dziecko, które uniemożliwia znalezienie dobrej pozycji do spania – to wszystko sprawia, że codziennie jestem wybudzona ze snu, którego potem w dniu mi brakuje i to uczucie zmęczenia towarzyszy mi przez cały dzień. No pomijając fakt, że stres z sądem, przeprowadzką i z porodem nasila się coraz bardziej, i kiedy w nocy wybudzam się, to moje myśli nie potrafią się uspokoić.

Mam codziennie sny. Jak nie poród, porodówka, dzieci to znów ex, który pojawia się we śnie. Nie są to miłe sny, bo poród nigdy nie jest miły, a zobaczenie znów ex i jego rodzinki przyprawia mnie o mdłości. Jedynym pocieszającym faktem jest, że raz dałam mu w gębę, a raz tak opieprzyłam, że jak się obudziłam to było mi lepiej.

Wczoraj S. zaprosił kuzyna swojego kolegi, który przyjechał do Niemiec. Z tej sławnej ostatnio grupy – uchodźca. Przyjechał również z Iraku. S. chce mu pomóc na tyle ile będzie mógł. Zaprosił go wczoraj na obiad, bo wiadomo w takich halach, gdzie sypiają nie ma nawet kuchni. Nie porozmawialiśmy za wiele, bo wiadomo nie zna ani niemieckiego, ani angielskiego. Ale wydawał się przyjazny. Bardzo chętnie bawił się z A; której bardzo to odpowiadało, bo ciągle siedzi w domu z powodu choroby. Cholernie się jej nudzi, więc nowa twarz w domu to nadzieja na zabawę.

Żal mi się go zrobiło, bo wyglądał na zmęczonego nockami, gdzie jak opowiadał w nocy dzieci płaczą i ludzie grają muzyką. Widziałam, że się wstydził i starał się jeść powoli i kulturalnie, ale S. przyrządził jedzenie, które dla nich obu jest jak u nas schabowy z ziemniakami i gdyby nie my, to talerz został by opróżniony dość szybko. Jego kuzyn mieszka od nas jakieś 100km i wiedział, że pojawi się u nas. Nie przyjechał, co wcale mnie nie zdziwiło, bo to oznaczałoby że musiałby chłopaka w jakiś sposób wesprzeć. A on do takich nie należy.

Co również utwierdza mnie w przekonaniu, że  z rodziną tylko na zdjęciu i nie masz na co liczyć. Ja również ponad 2 lata temu, gdy przyjechałam do Niemiec nikt z poza mojej dość licznej na dole Niemiec rodziny nikt nie pomógł. Przyjechałam do koleżanki. Dopiero, gdy po jakimś miesiącu było do przewidzenia, że wszelkie papierkowe rzeczy zostały załatwione, to odezwała się pierwsza kuzynka. Dlatego nie utrzymuję z nikim kontaktu. Jak już byłam urządzona, to po paru miesiącach jedna z nich chciała mnie przyjechać odwiedzić. Zbyłam ją tylko ,bo gdy potrzebowałam pomocy jakoś nikt się nie odezwał. A kontroli lub zobaczenia jak mieszkam – nie potrzebuję. A wiadomo co za tym idzie – ploty.

Brzydzę się takim czymś.

 

Inness

!!!!!!!!!!!!!!

  • Napisane 27 listopada 2015 o 17:39

Ohhhh…. Wczoraj była makabra… A. znów narozrabiała w przedszkolu. Ja wychodzę z siebie!!!!!!!!!!!!!!!!!

Poszło o głupotę, jak zawsze, a skończyło się na opluciu, ugryzieniu i zbicie przedszkolanki przez A. Ja do głowy dostaję. Co jeszcze mogę zrobić, by ona w końcu się opamiętała na dobre? Nie mam ochoty w ogóle oddawać ją do przedszkola, by potem wysłuchiwać takich rzeczy o niej. Dobija mnie ta sprawa z nią. Nie mam na to już żadnych słów…!!!!!!!!!!!!!!

S. nie pojechał wczoraj, ale ma ponoć wyjechać we wtorek. Wolałabym, żeby nigdzie nie wyjeżdżał, ale z drugiej strony patrząc na moje zmienne stany humorów, chyba przyda mi się pauza, wyciszenie, trochę samotności, odpoczynku, czy jakkolwiek by to nazwać… Sama nie wiem. Po wczorajszej akcji A. znów wszystko mnie irytuje i mam dość. To trwa już rok i nie puszcza. Na samą myśl o tym łapie mnie taki wkurw, że nie umiem tego opisać. Ileż można…

Wczoraj byłam też u ginekolog. Nie robiła mi USG, ale zbadała, próbowała znaleźć serduszko i posłuchać, ale jak zawsze nie dało się uchwycić. Słyszałam tylko przez moment. Jedyna dobra wiadomość ze wczoraj, to to, że nie muszę czekać do końca stycznia, bym dostała to cholerne zwolnienie do końca ciąży, tylko przy następnej wizycie mi wypisze. Oby, bo nie wyrabiam. We wtorek siedziałam ze łzami w oczach na lekcji, zero dobrego samopoczucia, ból pleców, zero koncentracji. Przepisała mi też wczoraj pas podtrzymujący brzuch, by odciążyć plecy. Mam nadzieję, że pomoże na tyle bym nie miała takiego bólu jak wczoraj, gdy wróciliśmy od lekarki. Gdyby nie S. i ten masaż, to nie ruszyłabym się już do następnego dnia z łóżka…

Chciałabym zasnąć snem jak misie na zimę i przespać to co złe, cały okres, który został do porodu, poród i przeprowadzkę.

 

Inness

Frustracja w przymierzalni

  • Napisane 6 listopada 2015 o 17:33

Zabiegany dzień. Pojechałam rano kupić bilet miesięczny, ale pani przy kasie poinformowała mnie, że można zakupić tylko do 5 dnia każdego miesiąca. Zdenerwowałam się. Okazało się, że pani również była polką to poszła mi na rękę i sprzedała. Uff… Poszłam na miasto z myślą, by kupić coś dla siebie na niedzielę. Nie lubię chodzić w tym samym, a teraz z powodu ciąży, bardzo dużo rzeczy z mojej szafy mi nie pasuje. Dresy i dresy. Czasem legginsy. Masakra. Stwierdziłam, że choć w urodziny założę coś nowego na siebie, pomimo wystającego brzucha. Problem jednak polega na tym, że nie ma żadnych promocji…

Większa miłość. Większa ja.

  • Napisane 14 października 2015 o 13:10

No jak zawsze to bywa w moim mieście – cały dzień pada. Moje miasto z tego słynie. Trochę słońca, więcej deszczu…

Nie chciało mi się dziś cholernie wstać z łóżka. A. przybiegła do mojego pokoju, przez uchylone drzwi zobaczyła, że śpię. Odwróciła się i poszła do siebie. Ja rozmyślałam przez  2 minuty czy wstać i zaprowadzić ją do przedszkola, czy zrobić jej dzień wolnego. Z czego nie byłaby zadowolona, bo woli przedszkole. Przypomniało mi się, że wczoraj z przedszkola pożyczyła grę i Pani powiedziała, że może ją pożyczyć jeśli dziś ją przyniesie z powrotem. Więc nie było rady i wstałam. Zajrzałam do jej pokoju, a ona grzecznie podnosi główkę z poduszki i mówi, że czeka aż ja się obudzę, bo myślała że śpię. No złote dziecko normalnie. Gdyby nie te jej humorki. Ubrała się migiem. Wzięłyśmy po parasolce, po drodze wskoczyłyśmy do piekarni po drożdżówkę dla niej i pomaszerowałyśmy do przedszkola.

S. był od rana u lekarza, bo ma problemy z brzuchem. Lekarz oznajmił nietolerancję laktozy. Nie może pić mleka i jadać serów. No chyba, że są bez laktozy. Do tego jego cholesterol. Ostatnio zapytałam, czy obowiązuje go jeszcze jakaś gwarancja, bo zaczyna się powoli sypać z wiekiem. Być może mogłabym go wymienić. On zaczął się śmiać.

Nie wymieniłam bym go. Całkiem inny świat, niż ten który miałam wcześniej. Bez porównania.

Czasem odnoszę wrażenie, że mój powiększający się brzuszek podoba mu się bardziej i jest z niego bardziej dumny niż ja. To nie wrażenie, tak raczej jest. Na początku myślałam, że te komplementy które mi prawił były po to, by podnieść  mnie na duchu i pocieszyć, bym nie czuła się …hmmm… – jak „wielka kobieta”. Ale słysząc je dziennie i widząc jak patrzy na mnie i większy już brzuszek, to nie widać w tym odrazy – wręcz miłość i troskę. Zaraz się uśmiecha i podchodzi, by mnie przytulić.

Czuję się naprawdę kochana.

 

Inness

Rewolucja brzuchowa part. II

  • Napisane 13 lipca 2015 o 22:49

Przez parę ostatnich dni, zastanawiałam się – jak tu wejdę – czy zmienić nazwę bloga… Przez nadchodzące zmiany. Ale postanowiłam, że na razie jest dobrze jak jest.

Zmiany…

Są i to wielkie. A raczej nastąpią.

03.07.2015 to była przełomowa – następna – data w moim życiu. Chodziłam już nerwowa od paru dni i wiedziałam co się może święcić, ale nie wierzyłam w to, bo czekałam na to dość długo i nie brałam tego na poważnie, że jednak mogło się udać. Od dwóch dni szukałam owego „przyrządu”, bo wiedziałam, że gdzieś miałam schowany. W końcu trzeciego lipca, w piątek znalazłam. Użyłam „przyrządu” no i kiedy pokazały się dwie kreski, burknęłam do siebie tylko: „No oczywiste to jak słońce”.

Jestem w ciąży.

Najpierw się rozpłakałam. Sama nie wiem czemu. Kiedy po 15 minutach się lekko uspokoiłam, zadzwoniłam do S. czy może wcześniej urwać się z pracy, ale on jak to on zaczął wypytywać przez telefon, dlaczego. Nie chciałam go w ten sposób informować, więc odpuściłam i powiedziałam, że może wrócić normalnie z pracy – jak zwykle. Po 10 minutach oddzwania i pyta, czy jestem w domu, bo zaraz przyjedzie. Zaczęłam się denerwować… Wyciągnęłam z szafy, wcześniej – prawie rok temu – zakupione małe skarpeteczki i schowałam pod poduszkę.

Przyszedł…

- O co chodzi?

- Kochasz mnie?

- Co za durne pytanie, no jasne, że tak…

Zaczęłam się jąkać i trząść…

- Muszę Ci coś powiedzieć…

I odwracam się, żeby sięgnąć po skarpeteczki.

- Jesteś w ciąży?

Myślę sobie, co psujesz niespodziankę? Mimo tego podaję mu skarpeteczki i mówię

- Będziemy w końcu tego potrzebować.

- Na prawdę????

Mi głos się już załamał…

- Na serio będę drugi raz ojcem?

Jego łzy w oczach i zdumienie rozbroiło mnie do końca i wybuchłam płaczem.

- Boże, ukradłaś mi serce…

No i zaczął obsypywać mnie pocałunkami po twarzy. Wzruszyłam się do potęgi. Lepszej reakcji nie mogłam się spodziewać.

Oboje byliśmy w szoku, ponieważ o dziecko staraliśmy się prawie przez rok. Nie wychodziło nic a nic. W końcu zostawiliśmy to na pastę losu. Co ma być to będzie. 27 lipca miałam termin do ginekolożki w sprawie terapii, na podstawie tabletek, żeby ciąża w końcu się pojawiła. A ona przyszła sama. 07.07 poszliśmy do niej i powiedziałam, że test okazał się pozytywny. Ucieszyła się, że wszystko odbyło się naturalnie, bez tabletek. Poszliśmy zrobić USG. Zanim cokolwiek powiedziała, ja już sama widziałam tą plamkę na monitorze. Lekarka pogratulowała serdecznie, a ja znów się rozpłakałam. 7 tydzień…

Niby nic, ale ciągle jestem śpiąca. Na szczęście nie wymiotuję, ale dziennie boli mnie brzuch. Co jest normą, jak to ginekolożka ujęła. Choć dziś o dziwo nie boli mnie nic. Za to w ciągu dnia nie umiem obejść się bez drzemki. No po prostu nie wyrabiam bez tego. Fasolka ma 1 cm. Następną wizytę mamy na 06.08. A. zareagowała szaleńczym śmiechem, kiedy ją poinformowaliśmy, że będzie starszą siostrą i codziennie wypytuje o dzidzię. Całuje mnie po brzuchu. Pokazywałam jej zdjęcia, jak dziecko się kształtuje, a ona co dzień pyta mnie: „Mamusiu, a dzidzia się kształtuje?”, „Jest już duża?” i mnóstwo innych pytań. Na badaniu byłam z nią i S. Dałam jej grę, by odwrócić jej uwagę, co dzieje się na kozetce, ale ją najbardziej zainteresowało to, jak to możliwe, że mamusia jedzie do góry na fotelu? I ona też chce…

Termin jest na 04.03.2016.  S. śmieje się, że chronologicznie rodzę dzieci: A. z lutego, następne z marca. Jak nadarzy się następne, to na bank będzie z kwietnia.

Tak więc rewolucja się szykuje…

 

Inness