Aktualnie przeglądasz kategorię Rozmyślenia
Wyświetlam 11 - 20 z 49 notek

Kochany S. i cholerne zmęczenie

  • Napisane 8 marca 2016 o 22:43

Dziś S. mnie zaskoczył z rana i złożył mi życzenia z okazji dnia kobiet. Myślałam, że zapomniał bo w tamtym tygodniu tylko wspomniałam, że w Polsce obchodzi się dzień kobiet to tylko się zaśmiał, co to za święto. W Niemczech też niby jakieś święto, ale nie na taką skalę jak u nas. Więc przygotowałam się, że S. pochodzący z całkiem innego zakątka świata plus mieszkający w Niemczech, gdzie nie obchodzi się tego w takim stopniu, jak u nas zapomni i będzie musztarda po obiedzie. Ale rano złożył życzenia, ucałował i gdy wrócił z piekarni z bułkami, trzymał bukiet kwiatów. Bardzo miło z jego strony.

Pomimo tego, iż jest innej wiary i ma inna kulturę. Nasze święta różnią się bardzo od siebie, świętujemy całkiem inaczej i inne rzeczy, to i tak jest zdania, że związał się z Polką więc i moje święta są jego świętami. Gdy mamy Boże Narodzenie, Wielkanoc, Walentynki, Dzień kobiet czy urodziny to on tak samo chce to ze mną świętować. Jeśli chodzi przykładowo o Wigilię, to jest w to tak samo zaangażowany jak ja. Ja też nie odstaję i choć nie czuję jego świąt, to też angażuję się w przygotowanie jedzenia i w to, by był to miły dzień dla niego, dla nas.

Ja od wczoraj jadę na resztkach sił. Wstaję rano, a raczej mam ogromny problem ze wstawaniem. Czuję się jakby wiecznie brakowało mi snu, sił i dalszej motywacji do działań. Ciągle oczy mi się zamykają, jak tylko na chwilę usiądę. Trochę mnie to przeraża, bo im bliżej porodu, tym bardziej czuję się bezsilna i bez jakiegokolwiek powera.

Przez brak sił i ciągłe uczucie zmęczenia, nie jestem aż tak bardzo myślami przy porodzie i przy tym całym towarzyszącym bólu, ale wiem że czeka mnie coś okropnego powiązanego z czymś niezapomnianym. Z jednej strony chciałabym urodzić naturalnie, poczuć jak to jest gdy zaraz po wyjęciu dziecka widzisz je i możesz dotknąć. Ale jestem przerażona bólem, okresem oczekiwania i z tego powodu wolałabym cesarkę lecz znów po operacji będę dłużej czuła się okropnie. Ogólnie z jakiej strony by nie spojrzeć, to wszystko jest do dupy.

Mam nadzieję, że nowa istotka urodzi się w pełni zdrowa i nie będę musiała znów oglądać kolejnego dziecka w inkubatorze.

 

Inness

Stare i nowe mieszkanie, USG i urodziny

  • Napisane 19 lutego 2016 o 12:52

Wczoraj znów kolejna kontrola u ginekologa. Robiła USG, bo wcześniej mówiła coś o jednej większej nerce u dziecka i chciała się upewnić czy wszystko w porządku. Z A. nie miałam w 9 miesiącu USG, więc moje zdziwienie gdy zobaczyłam piękną mała buźkę z policzkami i nosek osiągnęło zenitu. S. też się zdziwił i patrzał z niedowierzaniem. Dokładnie 2 tygodnie zostały do terminu. Ja wyglądam na zmęczoną tą ciążą, bo sama doktorka stwierdziła, że chyba mam już dość. Do tego przeprowadzka i zmęczenie widać na mojej twarzy coraz bardziej.

Wczoraj tylko zjedliśmy na szybko śniadanie i poszliśmy spakować rzeczy u S. w mieszkaniu. Ja zajęłam się balkonem i pokojem, a on całą kuchnią i przedpokojem. Jakoś się uwinęliśmy, ale już przy końcu rozbolała mnie głowa przez ciągłe schylanie się no i te plecy… Została piwnica, ale dziś S. już to sam zrobi. Ja mam dość. Zostało tylko moje mieszkanie. S. dzwonił również do firmy z mieszkania jak daleko stoi remont i kiedy możemy spodziewać się kluczy. Facet odpowiedział, że w tym tygodniu powinno być mieszkanie gotowe, więc w przyszłym tygodniu mamy dostać klucze. Tylko nie wiadomo kiedy, bo dozorca się rozchorował, a to on musi przekazać klucze. Więc nie wiemy czego się spodziewać. Byliśmy tam wczoraj, bo myśleliśmy, że robotnicy kończą prace i wpuszczą nas. Będziemy mogli zobaczyć jak to wygląda po remoncie no i zmierzyć pokoje, by wiedzieć ile kupić farb i tapet, ale okazało się że nikogo tam nie było. Więc doszliśmy do wniosku, że mieszkanie już musi być skończone, tylko nie ma kto nam dostarczyć tych kluczy. I nie potrzebnie musimy czekać na przyszły tydzień, bo inaczej moglibyśmy już w weekend coś próbować robić. Chcemy jak najszybciej te klucze, ale nie idzie to tak jak byśmy chcieli.

Za 4 dni A. ma urodziny, dziś zapakowałam jeden prezent który dostanie we wtorek, czyli to lustereczko. Impreza urodzinowa miała się odbyć we wtorek, ale S. zostały teraz tylko 2 dni pracy i wypada to na poniedziałki i wtorki, więc gdy goście przyjdą on byłby tylko przez godzinę. Więc przesunęłam urodziny na środę.

Najważniejsze, by dostać w końcu te klucze… A za tydzień rozprawa w sądzie. Ex pewnie siedzi jak na szpilkach i liczy na wszystko, o co wnioskował w swoim piśmie. Za mnie pójdzie prawnik, któremu udzieliłam pełnomocnictwo i zobaczymy jak to się potoczy. Oby całą sprawę odrzucono. Tego ja oczekuję od sądu.

 

Inness

Nadal wszystko źle

  • Napisane 11 lutego 2016 o 11:39

24 dni do porodu. Mam już dość tej ciąży. Mam dość: nieprzespanych nocek; wizyty w toalecie po kubku herbaty; uczucie kuli do kręgli w brzuchu; brak możliwości ubrania na to co akurat ma się ochotę; problem ze wstawaniem z pozycji leżącej; częstych opuchnięć dłoni; brak dobrego samopoczucia jak i humoru, chęć rozwalenia wszystkiego co ma się pod ręką; co dwutygodniowych wizyt u ginekologa; swojego odbicia w lustrze; brak bliskości z S; brak sprawności fizycznej; ciągły strach i stres przed porodem; tej huśtawki nastrojów Nie chcę już. Chcę by było po wszystkim. Końcówka jest najgorsza i najdłuższa. We wtorek przyszły paczki…

Okropny, podły humor

  • Napisane 9 lutego 2016 o 11:49

Wszystko mnie dołuje, wszystko wkurza by nie pisać gorszych słów. Znów chce mi się płakać przez błahostki. Moim humorem zarażam S; który stara się, ale mnie to jeszcze bardziej wkurza i w końcu odpuszcza zły na mnie.

Nie wiem skąd to się wszystko bierze. Stres związany z przeprowadzką, porodem i sądem, czy po prostu jestem taka beznadziejna?

Jedynym miejscem w jakim się odnajduję to łóżko. Mam ochotę nałożyć na siebie kołdrę i schować się przed wszystkim, bym nikogo nie denerwowała moim zachowaniem i nikt nie miał do mnie pretensji…. Pomimo tego, że w końcu zrobiłam coś w związku z pakowaniem to i tak nie mam na nic ochoty. Kompletnie na nic.

Najgorsze, tak jest jeszcze najgorsze…. Jest to, że z mojego salonu mam piękny widok na oddalone wzgórza, domy i szpital w którym odbędzie się poród. Ma on 12 lub 13 pięter, dlatego tak dobrze go widać z oddali. W nocy natomiast wszystkie piętra się świecą i gdy tylko spojrzę w okno, mój wzrok od razu rzuca się na ten budynek. Także gdy choć na chwilę zapomnę, że tak blisko znajduję się porodu to widok mi o tym przypomina.

Jedna z lepszych rzeczy, to wczorajszy bal karnawałowy od A. Przebrała się za Elsę, co pewnie w ogóle nie zadziwia. W tym roku na takich balach było pewnie pełno dzieci przebranych za Eslę. W przedszkolu, w grupie A. naliczyłam ze 3. A. mówiła, że tylko dwie dziewczynki miały takie sukienki jak ona, reszta miały inne. Do tego kupiłam warkocz i strój gotowy.

Następne wydarzenie to urodziny A. Prezent już czeka na pakowanie, ale zrobię to dzień przed urodzinami.

Wczoraj udało mi się też sprzedać moje meble z salonu. Wystawił je S. na eBay i zgłosiły się dwie dziewczyny, że chcą kupić. Były wczoraj oglądać, okazało się że również były Polkami więc dogadałyśmy się, że następnego dnia po urodzinach A. przywiozę im meble, bo mają problem z transportem. Mieszkają ulicę dalej więc nie ma problemu. Mogłabym już je im dać, ale stwierdziłam, że w urodziny salon będzie okropny i pusty, one się zgodziły więc wszystko dogadane.

Wczoraj dostałam 2 maile od firm przewozowych paczki, że dziś mają zostać dostarczone dwie. Jedna z nich ma być wózkiem dla dziecka, na które ciągle czekam. Nie mogę się doczekać, by go zobaczyć. Druga to buty dla S. które zamówiłam. Może choć te paczki poprawią mi choć trochę humor, bo jestem nie do życia…

 

Inness

Kalkulacje na luty

  • Napisane 31 stycznia 2016 o 12:02

Ostatni dzień stycznia. Za 4 dni jest Tłusty Czwartek. Za 14 dni są Walentynki. Za być może 15 dni A. ma karnawał w przedszkolu. Za 23 dni A. ma swoje 5. urodziny. Za 25 dni odbędzie się być może rozprawa w Polskim sądzie, na której mnie nie będzie. Za 29 dni muszę oddać klucze od swojego mieszkania. W ciągu 29 dni muszą zostać spakowane wszystkie rzeczy i meble w mieszkaniu. Za 33 dni powinnam urodzić bobasa. Za 33 dni powinnam być lżejsza o jakieś 5 kg. Za 33 dni powinno być wszystko gotowe na przyjęcie nowego dziecka w domu. Następny…

Problemy mieszkalne

  • Napisane 30 stycznia 2016 o 19:12

Przyjechałam do Niemiec w sierpniu 2013 roku. Z mieszkaniami był mały problem, ale znalazłam już po 2 miesiącach szukania. W sumie to S. je znalazł. Cieszyłam się, że w końcu mam swoje mieszkanie i mogę się przeprowadzić od koleżanki, u której mieszkałam.

Poza tym w Polsce też niby miałam mieszkanie, ale głównym najemcą był ex, ja byłam tylko zameldowana z A. Zaraz po przeprowadzeniu się na nowo urządzone mieszkanie, od jego brata usłyszałam dokładnie dzień po, że nie jestem u siebie i mam się nie odzywać, bo jak sobie przypominam powiedziałam coś co było mu w niesmak. I tak się to już potem ciągnęło, że nie u siebie. Problem z meldunkiem oczywiście też musiał się pojawić. Wcześniej wynajmowaliśmy mieszkanie przez rok czasu od kumpla ex. Później ex wygrał na przetargu mieszkanie, ale oczywiście do gruntownego remontu. Podczas wynajmu byłam nadal zameldowana u matki, po urodzeniu A. też była zameldowana na adresie mojej matki. Po wprowadzeniu się na mieszkanie, matka ex stwierdziła, że córka mojego ex może być zameldowana na nowym mieszkaniu, a ja mam pozostać u matki z meldunkiem. Gdy ex wrócił do domu z taką nowiną, wkurw mnie ogarnął niesamowity. Zapytałam dlaczego? Co jest tego powodem, bo takiego genialnego pomysłu ze strony jego rodziny się spodziewałam. Ex powiedział mi, że jego rodzice boją się, że gdy się zamelduję będę się rządzić i w razie naszego rozstania ja będę się domagać praw do mieszkania. Powiedziałam, że to jakiś absurd. Albo staramy się stworzyć rodzinę, albo nie. Albo zameldują nas tam we trójkę, albo ja i dziecko pozostaniemy na mieszkaniu mojej matki zameldowane. Powiedziałam, że nic innego nie wchodzi w grę. Dziecko idzie tam, gdzie ja. W ciągu całego tego remontu ciągle słuchałam, że oni to robią dla nas, a nagle gdy przyszło do formalności to ja jestem tam jak jakiś szczur. Niby mieszkam tam, ale bez żadnych praw. Ex porozmawiał z „rodziną” i na szczęście nawet nie brał tego pomysłu pod uwagę. Choć raz usłyszałam od niego, że czemu nie może tak być?!

Później przez cały pobyt tam czyli jakieś 2 lata słyszałam co jakiś czas, że to oni wyremontowali mieszkanie, bo ex udawał że nie ma pieniędzy a tysiącami obracał w kasynie. No i oni to zrobili dla syna i wnuczki. Gdy w końcu postanowiłam w czerwcu 2013, że nie mam po co tam dalej przebywać i wyjeżdżam za granicę nagle zdania się poodwracały. Dlaczego wyjeżdżam? Dlaczego nie zostanę? Czemu chcę zabierać córkę ojcu? Na te i inne pytania odpowiadałam milion razy, ale nikt nie chciał tego zrozumieć. Po kolejnej nie ukończonej terapii ex, po kolejnych awanturach zamieniających się w piekło, z 200 zł do przeżycia na miesiąc z małym dzieckiem, przez odrazę, wstręt i coraz większą nienawiść rodzącą się we mnie do ex, z coraz większymi problemami, by jakoś to pogodzić, z uczuciem cholernej samotności i żadnym wsparciem….. I, i, i, i……. Powodów było mnóstwo, by wyjechać. Pod koniec, by wybić mi to z głowy rodzina ex chciała mi uświadomić, że to nie jest tak kolorowo jak mi się wydaje wyjechać do obcego kraju. To wszystko bzdury, że tam mi będzie lepiej. Nawet jeśli dostanę mieszkanie i pieniądze, to będę tęsknić i będę tego grubo żałować. Pomysł narodził się, by oddać mi mieszkanie. To właśnie, które ciągle było mi wypominane. Które było podkreślane, że nie mam do niego żadnych praw. I na końcu całkowite niezrozumienie, że postanowiłam wyjechać zamiast przyjąć tak szczodry prezent w postaci mieszkania. Moje argumentowanie, że to będzie tylko na chwilę. Że potem nikt życia nie będzie miał. Ja – bo nie jestem nadal u siebie, bo siedzę na sępa, bo moja rodzina nie pomogła tyle w remoncie co oni, bo ex musi mieszkać u rodziców, a ja siedzę nie u siebie… Ex – bo jest bez mieszkania, bez grosza przez uzależnienie, bo nie mieszka z córką pomimo tego, że to jego mieszkanie… No i kochani rodzice ex – bo oni włożyli tam mnóstwo pieniędzy, a teraz ktoś obcy tam jest. Powodów było jeszcze więcej, ale oni byli święcie przekonani, że oni oddają mi to mieszkanie tak o i nie będę się w ogóle wtrącać. Co oczywiście było bzdurą. To miało mi tylko wybić z głowy pomysł, bym nie wyjeżdżała, bo co ludzie powiedzą? Ex, nauczyciel informatyki w gimnazjum, gdzie zrobił dziecko nieślubne i gdzie ono jest? Dlaczego ja wyjechałam? Wstyd.

Tak to mniej więcej wyglądało. Także nawet kiedy miałam niby ten dach nad głową to nie był mój. Gdy mieszkałam jeszcze z matką też nie było za wesoło. Ciągłe awantury, problemy, wyzwiska, wieczne niezadowolenie, zero prywatności. Mam dwie siostry i póki najstarsza się nie wyprowadziła to mieszkałyśmy wszystkie we czwórkę na kawalerce. Gdy starsza się wyprowadziła, to zrobiło się trochę luźniej. Ale i tak prywatność to było tylko marzenie. Zaczęłam praktyki, później pracowałam no i matka zaczęła wymyślać, bym jej pomagała w utrzymaniu mieszkania. Kawalerka z pomocą zasiłku do mieszkania, nie kosztowała drogo, ale rozumiałam i chciałam jej pomóc, bo nie lubię uczucia gdy ktoś coś dla mnie robi a ja nie daję nic od siebie. Lecz ona zawsze była bardzo skąpa i żerowała na każdy grosz. Kawalerka w tych czasach kosztowała z 300 zł z wodą plus prąd. Mimo tego ona chciała ode mnie 400 zł co miesiąc. Dawałam, ale gdy usłyszałam, że środki do czyszczenia też kosztują to miałam dość, bo zdawałam sobie sprawę, że to co oddaję i tak jest za dużo. Zdałam sobie sprawę, że muszę coś ze sobą zrobić i tak wyjechałam do Holandii do pracy. Wróciłam i zaczęłam znów pracować w Polsce. No i na nowo kosztowne rachunki za kawalerkę z matką i siostrą, która potem zaczęła również uciekać za granicę. Zawsze nas obie ciągnęło za granicę…

Tak więc mieszkanie, które mam aktualnie było pierwszym moim, które było tylko dla mnie i córki. W końcu wiedziałam, że mam coś swojego i nikt nie będzie żerował na mnie lub nikt nie będzie wypominał, że nie jestem u siebie. Zawsze wiedziałam, że mam coś swojego. Lecz mieszkanie okazało się niewypałem, zimne w zimę i to cholernie. Latem w upały za gorąco, na tyle że gdy ruszysz się coś zrobić to pocisz się, jakbyś wróciła z joggingu. Grzyb i wymóg jakiegoś grubszego remontu. Więc gdy znaleźliśmy mieszkanie z S. popłakałam się  ze szczęścia. Dzieli mnie od niego tylko 30 dni. Lecz 2 lata temu, gdy przyjechałam nie było aż takiego problemu z mieszkaniem, jaki jest teraz. Właśnie przez powiększającą się liczbę obcokrajowców. Dziś właściciel mieszkania przyszedł z mnóstwem ludzi, by mogli zobaczyć mieszkanie. Moje mieszkanie będzie wolne od 01.04 więc ludzi zainteresowanych nie brakuje. Ale jak tylko sobie pomyślę co czeka ich na tym mieszkaniu to jest mi ich żal. Szczególnie tych z dzieckiem. Nie mogę ich uprzedzić i odradzić, bo właściciel jest od odpowiadania na pytania. Trzy kobiety stanęły w pokoju A. i pytają mnie o ścianę, która jest w opłakanym stanie. Spojrzałam tylko na nią, a ona już zrozumiała co mam do powiedzenia. Wyszeptałam tylko po cichu, że nie chce nic mówić, ale to mieszkanie to katastrofa. Podziękowała mi na głos i pożegnała się nie zamieniając słowa z właścicielem. Reszta ludzi zobaczyła mieszkanie i wyszła po chwili. Została tylko kobieta z facetem i córką w wieku szkolnym. Jej już nie udało mi się  uprzedzić, bo rozmawiała z właścicielem.

Wiem tylko jedno, następni ludzie mieszkający tutaj będą żałować, że się tutaj wprowadzili…

 

Inness

Wizyta na porodówce

  • Napisane 24 stycznia 2016 o 21:49

Niedziela minęła z atakiem śmiechu. Wpadła Papi, zamówiłyśmy obiad, obejrzałyśmy komedię, zjadłyśmy kolację i poszła do siebie. Było naprawdę śmiesznie. Z jednej strony z powodu ostatniego braku kontaktu między nami i tej nie przyjemnej atmosfery, poniekąd zapomniałam, że mamy tak bardzo podobne poczucie humoru i rozumiemy wiele rzeczy tak samo. List okazał się pomyłką. Nie było to nic z Polski, okazało się że to łóżeczko zamówione dla dziecka. Było ciężkie, więc dlatego dostawca się nie chciał przemęczyć tym wnoszeniem na 3 piętro. Z drugiej strony wręcz szkoda, bo muszę nadal czekać na decyzję z sądu. Robi się niepokojąco, bo już…

Nowy rok – pierwszy wpis

  • Napisane 7 stycznia 2016 o 11:05

Nowy rok 2016 nie zaczął się za kolorowo… Ale jakoś ciągnę. Nowości to takie, że pogodziłam się z Papi – czyli moją siostrą. Przeprosiła mnie za swoje dotychczasowe zachowanie i wszystko wróciło do normy. Mam taką nadzieję. Ostatnio była u nas. Byliśmy nawet w kinie na „Dobry dinozaur” Bardzo fajna bajka pełnometrażowa. Można się pośmiać i wzruszyć zarazem. A. była zadowolona, S. również. Sama Papi śmiała się na całe kino. Jedynie H. nie spodobał się zbytnio. Podejrzewam, że nie załapała humoru i przesłania filmu, bo to zupełnie nie w jej typie. Bajka jednak nie należy do najśmieszniejszych lecz uczy dzieciaki,…

Choroba, przyjemne święta, dzieci, tępy ex

  • Napisane 27 grudnia 2015 o 13:25

Patrzę kiedy był ostatni post. No tak, dzień przed moją chorobą.

Dopadło mnie tydzień temu okropne choróbsko. Tak duszący kaszel z zapchanymi zatokami, że nie spałam cały piątek (18.12).  19.12 byłam w szpitalu, ale tylko na daremno czekałam na badanie, bo nie przepisał lekarz mi nic. Dodatkowo pojawiła się gorączka. Przepisał mi tylko krople na katar dla dzieci. Tutaj, gdy kobieta jest w ciąży ma przeje*ane. I to dosłownie. W Polsce w ciąży też byłam chora i lekarz w szpitalu powiedział, że mam zażyć jakiś syrop na kaszel. Tutaj nie dawają nic. Kami nalegała bym spędziła u niej noc, na wypadek gdyby się pogorszyło i trzeba by znów jechać do szpitala. Więc zostałam u niej. W zeszłą niedzielę zebrałam się do domu. Dwa dni leżałam w gorączce. W poniedziałek 21.12 późnym wieczorem w końcu wrócił S. Ja straciłam głos na dobre. We wtorek pojechałam znów do lekarza, ale tylko kazał mi się inhalować rumiankiem, który nic nie pomaga. W środę, dzień przed wigilią byłam u Kami lepić pierożki i przygotować parę potraw. Gorączki już nie miałam, ale nadal zapchane zatoki i ostry kaszel. Mimo tego zrobiłyśmy, co zaplanowałyśmy. W wigilię, bo razem ją robiłyśmy w tym roku pojechałam z S. i A. do Kami. Zaczęłyśmy przygotowania i już po godzinie 17:00 zasiedliśmy do wigilijnego stołu.

Dzieci już nie mogły się doczekać, by dorwać się do prezentów. A. dostała wymarzony zamek dla koników My little Pony. Boże, zobaczyć jej reakcję, na ten wielki prezent było czymś niezapomnianym. Trochę się wykosztowałam, pomimo przeceny… Ale ten pisk, wrzask i szczęście na jej twarzy… Opłacało się. Wiedziała, że musi na niego zapracować. Myślała, że dostanie go na mikołaja, ale w związku z jej beznadziejnym zachowaniem w przedszkolu nie dostała. Ciągle rozmawiałam z nią o prezencie pod choinką. Jaki on będzie, czy znów kartofle i marchewki, jak to zwykle „niegrzeczne dzieci” dostają, czy być może jednak ten wymarzony zamek. W drugi dzień świąt, przyszła do mnie i powiedziała:

- Mamo, opłacało się być grzecznym.

- Dlaczego?

- Bo dostałam mój ukochany zamek dla koników.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

No i w końcu dziś już normalny dzień. Po świętach. Ja dostałam piękną torebkę z imitacją skóry z krokodyla i kurteczkę zimową. Dla S. kupiłam kardigan wełniany, perfumy z kosmetykami i coś, co nie wiem jak się nazywa. Jakby maszyna do mierzenia odległości z punktu A do punktu B. Nie wiem jak to się nazywa, ale on takie coś sobie wymyślił. Stwierdził, że przyda się przy przeprowadzce, bo nie trzeba latać z metrem. Śniegu nie było w święta – jak zawsze.

Święta minęły bardzo fajnie. Za rok mam nadzieję, że również z Kami, ale tym razem u mnie na nowym mieszkaniu z 9 miesięcznym urwisem.

Wczoraj jeszcze dostałam wiadomość od byłego – po co do mnie pisze ten dupek, skoro wszędzie gdzie się dało, go zablokowałam. Pisał z Facebooka swojego brata, żeby mi przekazać, że sprawa jest w lutym i czy się stawię czy nie, ona i tak się odbędzie. Że napisał list do córki i że go wkrótce wyśle. Żebym się kiedyś nie zdziwiła podejściem mojej córki do mnie, przez to że uniemożliwiam mu kontakt z dzieckiem. I parę jeszcze innych bzdur.

Myślał pewnie, że serce mi w związku ze świętami zmięknie i zacznę go szukać. Pewnie przyszedł do jego mamusi brat z synem i serce go zakuło, że jego dziecko jest daleko i że nie może z nią spędzić świąt. No tak, to wszystko moja zasługa, ja jestem wszystkiemu winna… On przecież był grzeczny, to ja uciekłam bez powodu. Kontakt urwałam nie ze względu na jego obiecanki cacanki wobec dziecka, tylko dlatego że miałam taki kaprys. Swoje dyrdymały wypisuje, ale po co. Podkreśla w swojej wiadomości, że nic ode mnie nie chce więc po co wypisuje, że jest mu mnie żal? Skoro założył sprawę w sądzie i jest pewny, że beze mnie również się odbędzie to po co jeszcze do mnie pisze? Po co?????!!!!!! Zobaczymy jaka decyzja przyjdzie w styczniu z sądu.

Z drugiej strony jest tak aż tępy, by myśleć że zakłada sprawę przeciwko mnie i ja nie zostanę o tym przez sąd poinformowana? Że on sam musi pisać o tym i dopisywać głupoty? Rzygać mi się chce jego postawą… Czekam z niecierpliwością na decyzję sądu. Ale będę się śmiać, jeśli okaże się, że sprawa zostanie przesunięta ze względu na brak mojej obecności, lub gdy sąd odrzuci wniosek, bo sprawa będzie musiała odbyć się w Niemczech. Jego pewność siebie zmaleje i chciałabym widzieć jego minę.

Do tego jego list. On myśli, że wyśle list, ja siądę z 4-latką i będę jej czytać o bzdurach jakie tatuś wypisuje? On chyba zapomina, że to tylko dziecko czteroletnie a nie osiemnastoletnie…

 

Inness

Rozmarzenie nad świętami

  • Napisane 2 grudnia 2015 o 17:52

Dziś pospaliśmy dość długo. Znaczy ja i A. Nie zaprowadziłam jej do przedszkola, bo tak naprawdę nie odespałam tego weekendu i czułam się senna. Ale jak teraz siedzę i marzę, by zasnąć to zauważam że nic to nie dało. Ciąża to jednak wiecznie wyczerpująca się bateria. Nawet jeśli nic nie robisz, myślisz by się położyć i przynajmniej chwilę przespać.

Zjedliśmy szybkie śniadanie, ogarnęłam mieszkanie, zrobiłam pranie i obiadek. Wpadła Papi – o matko i córko! Dotarła. Poczekaliśmy na S; aż wrócił z pracy i wszyscy zjedliśmy obiad. Potem cappucino, ciacho i pogawędki. S. walczy z telewizorem, by pojawiły się kanały. Nie udaje się jak na razie. Mam nadzieję, że do świąt zdąży :)

Święta… Czas wyżerki i prezentów. Wyżerka – jak najbardziej, choć w trakcie ciąży może to nie korzystnie wpłynąć na mój wygląd. Raczej w nowym roku będę wyglądać jak gruba ryba. Taaa, jeszcze większa niż teraz. Przerażająca wizja samej siebie. Przygotowywanie kolacji wigilijnej… Ujdzie, choć lepienie pierogów z brzuchem, przyrządzanie potraw z brzuchem może być wyzwaniem. Ale i tak najgorsze jest to kupowanie prezentów. Uwielbiam kogoś obdarowywać prezentem, nawet jeśli jest brak okazji. Czasem kupię coś dla A. i widząc jej uśmiech – jestem zadowolona. Czasem coś kupię i dla S. to też sprawia mi to ogromną przyjemność. Z resztą on też czasem z czymś przyjdzie. Czasem potrafi naprawdę mnie zaskoczyć pod względem ”prezentu bez okazji”. Ale prezenty na święta są okropne. Uwielbiam ten czas, gdy już wszystko mam i mogę je ładnie zapakować i czekają na ten dzień, by położyć je pod choinką. Najgorsze jest, co dla kogo kupić. Nie lubię prezentów nie trafionych. Wolę jak prezent wywoła uśmiech lub niedowierzanie na twarzy. A takie prezenty wymagają większego główkowania.

Lubię też w świętach to, że każdy jest w domu, czuć tą atmosferę świąt, każdy jest elegancko ubrany i wszyscy zajadamy pyszności przy stole. W tym roku nie będą one jeszcze takie, jakie mi się marzą. Ale w przyszłym roku będą one mam nadzieję lepsze. W lepszym mieszkaniu, w większym gronie… Będzie elegancko! :)

 

Innessoz