Aktualnie przeglądasz kategorię Rodzina z uzależnieniem
Wyświetlam 1 - 10 z 10 notek

Choroba, przyjemne święta, dzieci, tępy ex

  • Napisane 27 grudnia 2015 o 13:25

Patrzę kiedy był ostatni post. No tak, dzień przed moją chorobą.

Dopadło mnie tydzień temu okropne choróbsko. Tak duszący kaszel z zapchanymi zatokami, że nie spałam cały piątek (18.12).  19.12 byłam w szpitalu, ale tylko na daremno czekałam na badanie, bo nie przepisał lekarz mi nic. Dodatkowo pojawiła się gorączka. Przepisał mi tylko krople na katar dla dzieci. Tutaj, gdy kobieta jest w ciąży ma przeje*ane. I to dosłownie. W Polsce w ciąży też byłam chora i lekarz w szpitalu powiedział, że mam zażyć jakiś syrop na kaszel. Tutaj nie dawają nic. Kami nalegała bym spędziła u niej noc, na wypadek gdyby się pogorszyło i trzeba by znów jechać do szpitala. Więc zostałam u niej. W zeszłą niedzielę zebrałam się do domu. Dwa dni leżałam w gorączce. W poniedziałek 21.12 późnym wieczorem w końcu wrócił S. Ja straciłam głos na dobre. We wtorek pojechałam znów do lekarza, ale tylko kazał mi się inhalować rumiankiem, który nic nie pomaga. W środę, dzień przed wigilią byłam u Kami lepić pierożki i przygotować parę potraw. Gorączki już nie miałam, ale nadal zapchane zatoki i ostry kaszel. Mimo tego zrobiłyśmy, co zaplanowałyśmy. W wigilię, bo razem ją robiłyśmy w tym roku pojechałam z S. i A. do Kami. Zaczęłyśmy przygotowania i już po godzinie 17:00 zasiedliśmy do wigilijnego stołu.

Dzieci już nie mogły się doczekać, by dorwać się do prezentów. A. dostała wymarzony zamek dla koników My little Pony. Boże, zobaczyć jej reakcję, na ten wielki prezent było czymś niezapomnianym. Trochę się wykosztowałam, pomimo przeceny… Ale ten pisk, wrzask i szczęście na jej twarzy… Opłacało się. Wiedziała, że musi na niego zapracować. Myślała, że dostanie go na mikołaja, ale w związku z jej beznadziejnym zachowaniem w przedszkolu nie dostała. Ciągle rozmawiałam z nią o prezencie pod choinką. Jaki on będzie, czy znów kartofle i marchewki, jak to zwykle „niegrzeczne dzieci” dostają, czy być może jednak ten wymarzony zamek. W drugi dzień świąt, przyszła do mnie i powiedziała:

- Mamo, opłacało się być grzecznym.

- Dlaczego?

- Bo dostałam mój ukochany zamek dla koników.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

No i w końcu dziś już normalny dzień. Po świętach. Ja dostałam piękną torebkę z imitacją skóry z krokodyla i kurteczkę zimową. Dla S. kupiłam kardigan wełniany, perfumy z kosmetykami i coś, co nie wiem jak się nazywa. Jakby maszyna do mierzenia odległości z punktu A do punktu B. Nie wiem jak to się nazywa, ale on takie coś sobie wymyślił. Stwierdził, że przyda się przy przeprowadzce, bo nie trzeba latać z metrem. Śniegu nie było w święta – jak zawsze.

Święta minęły bardzo fajnie. Za rok mam nadzieję, że również z Kami, ale tym razem u mnie na nowym mieszkaniu z 9 miesięcznym urwisem.

Wczoraj jeszcze dostałam wiadomość od byłego – po co do mnie pisze ten dupek, skoro wszędzie gdzie się dało, go zablokowałam. Pisał z Facebooka swojego brata, żeby mi przekazać, że sprawa jest w lutym i czy się stawię czy nie, ona i tak się odbędzie. Że napisał list do córki i że go wkrótce wyśle. Żebym się kiedyś nie zdziwiła podejściem mojej córki do mnie, przez to że uniemożliwiam mu kontakt z dzieckiem. I parę jeszcze innych bzdur.

Myślał pewnie, że serce mi w związku ze świętami zmięknie i zacznę go szukać. Pewnie przyszedł do jego mamusi brat z synem i serce go zakuło, że jego dziecko jest daleko i że nie może z nią spędzić świąt. No tak, to wszystko moja zasługa, ja jestem wszystkiemu winna… On przecież był grzeczny, to ja uciekłam bez powodu. Kontakt urwałam nie ze względu na jego obiecanki cacanki wobec dziecka, tylko dlatego że miałam taki kaprys. Swoje dyrdymały wypisuje, ale po co. Podkreśla w swojej wiadomości, że nic ode mnie nie chce więc po co wypisuje, że jest mu mnie żal? Skoro założył sprawę w sądzie i jest pewny, że beze mnie również się odbędzie to po co jeszcze do mnie pisze? Po co?????!!!!!! Zobaczymy jaka decyzja przyjdzie w styczniu z sądu.

Z drugiej strony jest tak aż tępy, by myśleć że zakłada sprawę przeciwko mnie i ja nie zostanę o tym przez sąd poinformowana? Że on sam musi pisać o tym i dopisywać głupoty? Rzygać mi się chce jego postawą… Czekam z niecierpliwością na decyzję sądu. Ale będę się śmiać, jeśli okaże się, że sprawa zostanie przesunięta ze względu na brak mojej obecności, lub gdy sąd odrzuci wniosek, bo sprawa będzie musiała odbyć się w Niemczech. Jego pewność siebie zmaleje i chciałabym widzieć jego minę.

Do tego jego list. On myśli, że wyśle list, ja siądę z 4-latką i będę jej czytać o bzdurach jakie tatuś wypisuje? On chyba zapomina, że to tylko dziecko czteroletnie a nie osiemnastoletnie…

 

Inness

Przysłowiowy „Tatuś”

  • Napisane 3 listopada 2015 o 12:39

Śmiać mi się chce, jak dostaję tak śmieszne wiadomości. Durne teksty słyszę przez telefon.

Nie mam pojęcia co on sobie wyobraża. P. który poczuwa się nagle do bycia ojcem na odległość, od dłuższego czasu atakuje mnie swoimi wypocinami, że jest ojcem, że A. nie jest moją własnością, że jest ojcem, że pójdzie do sądu, że jest OJCEM, że pójdzie do prawnika, ŻE JEST OJCEM.

RZYGAĆ MI SIĘ CHCE!

Gdzieś był idioto jak miałeś swoje 5 minut? Jak miałeś być przy nas, przy A. to byłeś u swojej prawdziwej rodziny lub pogrążałeś się dalej w swoim uzależnieniu. Kiedy prosiłam, płakałam, groziłam, próbowałam wszystkiego byś się ocknął, bo może być za późno i zostaniesz sam to ty sam dawałeś mi wprost do zrozumienia, że mam wypie**alać, tam gdzie się wybierałam. Wypowiedziałeś to wprost. I to nie raz.

Teraz ty będziesz mi mówił co ja muszę, a co nie. Co ty ode mnie oczekujesz i co ja muszę zrobić? Z jakiej to okazji niby? Po co ktoś taki A. w jej życiu? Jeśli podrośnie i zdecyduje, że chce mieć z kimś takim kontakt to ja się dostosuję. Będę patrzeć na to, co ona ma do powiedzenia, a nie ktoś kto miał własną rodzinę i dziecko w głębokim poważaniu.

Każdy frajer potrafi zrobić dziecko, ale tylko prawdziwy facet potrafi je wychować.

Dla mnie jesteś ojcem tylko w akcie urodzenia. Może i nie jestem tak wykształcona jak ty, gdzie ty i twoja rodzina lubiliście to podkreślać, ale wiedziałam i wiem, co to dziecko i że jestem za kogoś odpowiedzialna. To ty nie potrafiłeś temu podołać. Potrafiłeś tylko pięknie kłamać, oszukiwać, mieć wszystko w doopie.

Możesz sobie wojować ile chcesz! Możesz wygrażać i pisać swoje dyrdymały. Trzeba było obudzić się wcześniej, a nie teraz kiedy dziecko jest od ciebie 900 km i chcesz się bawić w tatusia, bo praw ci nie odebrano. Argumenty no po prostu szkoda słów!

Pytanie gdzie jesteś jak A. jest smutna, rozwali sobie kolano, gdy stworzy coś pięknego, gdy chce by poczytać jej bajkę na dobranoc, gdy chce się bawić, gdy jest chora… ITP??!??! – To po to jest ojciec, nie po to by zobaczyć dziecko przez kamerę i naobiecywać, jak naobiecywałeś mi i do dziś nie zostało nic dotrzymane. Wystarczy, że mnie okłamywałeś i dawałeś mi złudne nadzieje. Nie pozwolę, by z twojej strony i A. to spotkało. Bynajmniej nie teraz. Naobiecujesz, a potem ona będzie czekać całe dzieciństwo na coś, co i tak nie nastąpi….

Mogłabym tak pisać i pisać. On tego i tak nigdy nie pojmie. Nie liczy się dla niego co było, lecz co jest teraz. Nie mam mieszać tego co było w teraźniejszość. Ale kiedy A. zapyta, dlaczego nie ma go przy niej, to co odpowie? Kiedy będzie czekać na to co jej obiecał i się nie doczeka? Moją rolą później jest ją pocieszać? Przepraszać w imię tatusia? To nie moja rola.

 

Inness

Przeszłość z bagażem

  • Napisane 15 sierpnia 2013 o 11:18

Wrócił. Zjawił się wczoraj. Ciężko mi i to nawet nie wiesz jak. Uporać się z wspomnieniami, przede wszystkim tymi przykrymi. Jeszcze ciągle On swoje mówi:

„Nawet nie wiesz, jak mi przykro…”, „Teraz dopiero widzę co narobiłem…”, „Wiem, że już jest za późno…” ITD. ITD. ITD…

Cisną mi się łzy jedna za drugą. Szarpie mną tyle uczuć, że nie umiem tego opisać. Co do uczuć do Niego, jest tak jak przypuszczałam lecz ten powrót do tej przeszłości tak cholernie mnie męczy, boli, szarpie mną, woła do mnie, nie wiedziałam, że tak ciężko będzie mi o tym myśleć. Tego się nie spodziewałam. Nie inaczej, wiedziałam, że ta wizyta do łatwych nie będzie należeć, ale nie wiedziałam, że tak cholernie będzie mi ciężko…

Jeszcze tylko dziś i do jutra do 14.00…

Jutro przed wejściem do busa, będzie JESZCZE CIĘŻEJ…

Wiem o tym, ale pewnie nie zdaje sobie znów sprawy jak bardzo będzie mi ciężko…

 

 

Przetrwam… Bo jak nie ja, to kto za mnie?

 

Inness…

Zadzwonił pretensjonalny telefon…

  • Napisane 14 lipca 2013 o 23:38

No i się doczekałam.

Telefon.

Po nim już dzień w doope. Nerwy, palpitacja serca, trzęsące się ręce, milion myśli na minutę, wściekłość.

Trochę mi to zajęło, póki się uspokoiłam i doszłam do siebie. Znów szantaż emocjonalny, wzbudzanie współczucia, robienie z igły widły, zarzucanie przeróżnych rzeczy. Mówienie, co chciałby, jak to powinno wyglądać i inne sranie w banie. Wiecznie tylko On i On. Co ja myślę, to już akurat mało ważne. Jeśli chce zrobić mi po złości, robi to bez wahania. Jeżeli ja się podobnym odwdzięczam – to już jest totalne przegięcie.

Myślę, że jasno postawiłam sprawę i znów trochę będę mogła odpocząć, zanim znów zabrzęczy telefon…

Destrukcyjne współuzależnienie!

  • Napisane 13 lipca 2013 o 15:15

Czym się charakteryzują kobiety współuzależnione? W czym przejawia się ich uzależnienie? Jakie zachowania rozwinęły się u nich wskutek życia pod jednym dachem z osobą uzależnioną?

Na pierwszy plan wysuwa się kontrolowanie uzależnionego partnera, które przybiera różne formy i może nawet przerodzić się w obsesję. Kobieta współuzależniona jest stale skupiona na zachowaniu swego partnera, na martwieniu się, czy wróci trzeźwi z pracy (jeżeli jeszcze do niej chodzi) czy nie, stale i dokładnie wypytuje go, co i kiedy robił, chowa jego butelki czy wysypuje do zlewu narkotyki. Stara się też nakłonić go do zmiany jego zachowania, do zaprzestania picia, zażywania narkotyków czy uprawiania hazardu. Nierzadko ucieka się do manipulacji, by zmienić jego zachowanie. Jest nadmiernie skoncentrowana na jego osobie i przesadnie zajmuje się jego sprawami.

Dlaczego współuzależnienie jest takie groźne? Przecież dotknięta nim osoba ani nie upija się ani nie bierze narkotyków, nie znajduje się więc pod wpływem chemicznych środków odurzających, nie uprawia hazardu. Gdzie leży problem?

Kobieta współuzależniona nie żyje własnym życiem. Jej wszystkie dążenia skupiają się na osobie uzależnionego od alkoholu, narkotyków, hazardu czy jeszcze innego wewnętrznego przymusu partnera, przez co jej osobowość ulega szczególnemu skrzywieniu. Charakterystyczne jest to, że poświęca się dla partnera, zamiast zatroszczyć się o zaspokojenie własnych potrzeb, a potem czuje się niedoceniana i wykorzystywana. Uważa się więc za ofiarę. Coraz częściej odczuwa głębokie rozczarowanie i smutek, że tylko innym daje i daje, a nic w zamian nie otrzymuje. Czuje się z tego powodu lekceważona i wykorzystywana. Coraz bardziej rośnie w niej niechęć i uraza do osoby uzależnionej, co znajduje wyraz w pogardliwych cynicznych uwagach i w ustawicznym zrzędzeniu.

Kobieta współuzależniona po wielu nieudanych próbach zmiany zachowania partnera czuje, że straciła kontrolę nad swoim życiem. Przecież tak się starała kontrolować zachowania swego partnera, tyle włożyła w to wysiłku, a efekty są mizerne! Odczuwa frustrację, jej nerwy są naprężone do granic możliwości, ból emocjonalny przybiera na sile, czuje, że za chwilę wybuchnie. Gniew i złość kumulowały się w niej przez długi czas. Jej energia emocjonalna jest prawie na wyczerpaniu. Nadmierne obciążenie obowiązkami rujnuje jej zdrowie fizyczne i psychiczne. Może nawet popaść w depresję, co jest skutkiem niezaspokojenia własnych potrzeb.

Czy możliwe jest wyzwolenie się ze współuzależnienia? Czego potrzebuje kobieta, aby nauczyć się zdrowych zachowań i wkroczyć na drogę rozwoju? Od współuzależnienia do kobiecości świadomej droga jest niewątpliwie daleka, ale możliwa.

Pierwszy krok polega na uświadomieniu sobie, że ma teraz przede wszystkim zająć się sobą, na pierwszym miejscu postawić swoje pragnienia i potrzeby, które przez tak długi czas były zaniedbywane i zacząć uczyć się z miłością troszczyć o siebie. Ma zacząć żyć własnym życiem, a nie próbować zmienić zachowanie i styl życia drugiej osoby. Nie jest to jednak takie proste dla osoby, której życie obracało się wyłącznie wokół innych. Niektóre kobiety mogą nawet nie wiedzieć, co oznacza zwrot „troszczyć się o siebie”.

Życie swoim własnym życiem może być dla niektórych niezachęcającą perspektywą. Być może tak zaangażowała się w sprawy innych, że zapomniała, jak można żyć i cieszyć się własnym życiem. Troszczenie się o siebie jest dla niej postawą, którą da się streścić słowami: „odpowiadam za siebie”. Sama przed sobą odpowiada za to, czy żyje swoim życiem czy nie. Na niej spoczywa obowiązek zadbania o swoje duchowe, uczuciowe, fizyczne i finansowe potrzeby. Kobiety współuzależnionej obowiązkiem jest zatroszczenie się o swój dobrobyt. Tylko ona odpowiada za rozwiązywanie swoich problemów i za to, czy nauczy się żyć z tymi, których rozwiązać się nie da. Ma swoje prawa i jej obowiązkiem jest dopilnować, aby były szanowane i przestrzegane.

Kobieta współuzależniona, gdy wzmocni swoje poczucie własnej wartości, może stać się kobietą świadomą. Zacznie:

  • poznawać siebie, własne potrzeby, pragnienia, a nie odczytywać potrzeby innych,

  • doceniać swoje zdolności i inteligencję, swoją wyjątkowość,

  • odkrywać swoje pasje,

  • troszczyć się o zaspokojenie swoich potrzeb, a nie tylko bezustannie dbać o innych,

  • wytyczać sobie cele zgodne ze swoimi potrzebami i pragnieniami,

  • uczyć się prosić o pomoc, a nie próbować drogą manipulacji dostać to, co jest dla niej ważne,

  • pracować nad wzrostem poczucia własnej wartości (dbałość o ciało i ducha, podnoszenie swojej atrakcyjności we własnych oczach),

  • akceptować z czasem wszystkie swoje działania,

  • sprawiać sobie przyjemności bez przeżywania poczucia winy,

  • kierować się własną intuicją, a nie tylko opierać się na rozumie,

  • odkrywać i wyrażać swoje uczucia,

  • otaczać się ludźmi, których obecność wpływa na nią pozytywnie,

  • pozwolić innym żyć tak, jak chcą żyć,

  • być osobą działającą, a nie tylko reagującą na czynniki zewnętrzne,

  • cieszyć się życiem i znajdować przyjemność w tym, co robi.

 

 

 

Inness

Powracający bumerang

  • Napisane 29 czerwca 2013 o 09:13

Od wczoraj w nerwach, pół nocy nie przespanej. Pozbyłam się problemu, ale widocznie tak mi się tylko zdawało. To wraca jak bumerang. Cierpienie, oszukiwanie, kłamstwa, ból, zawiedzenie, rozczarowanie po raz kolejny. Jakim skurwielem trzeba być, żeby własnemu dziecku zabrać pieniądze na własne nałogi????????????? Ktoś już naprawdę skończony, zepsuty, itp.

Jeszcze tylko miesiąc…

Jeszcze tylko miesiąc…

Jeszcze tylko miesiąc….

Niepotrzebne pogłębianie

  • Napisane 28 czerwca 2013 o 17:29

Przez przypadek trafiłam dziś na bloga o trzeźwiejącym alkoholiku. Czytam Go dziś cały prawie dzień. Próbuje odnaleźć w tej historii swój przypadek, bo wiem już od dawna, że alkoholizm jest podobny do hazardu. Tam historia co prawda inaczej się kończy, ale też znalazłam mnóstwo potwierdzeń na to, że P. nie osiągnął jeszcze przysłowiowego „dna”, które jest potrzebne właśnie po to, żeby się od niego odbić.

Ciągle zwalanie winy, że wszystko robił przez hazard, a tak naprawdę to On to wszystko robił. Ale łatwiej zwalać winę na maszyny. Ciągłe użalanie się nad sobą, co to nie narobił, jak to wszystko przepaścił, że nie jest w stanie nic mi zaoferować. Tylko, żeby widzieć, że bierze się za siebie w kupę i chce z tym walczyć tak porządnie, to nie zobaczę już raczej.

Inness

Powracająca przeszłość

  • Napisane 19 czerwca 2013 o 22:58

Nawet nie wiem czy śmiać się czy płakać. Chyba wolę to pierwsze. Co On sobie wyobraża? Że zmieni moje zdanie, może żeby obudzić we mnie poczucie winy, wyrzuty sumienia, a może żebym jeszcze się pobawiła w toksyczną rodzinę – swoimi tylko i wyłącznie pustymi słowami?  Pisać to On zawsze potrafił, pięknie, składnie, miło, życiowo. W gadce było tak samo, tylko że co mi po tym jak na pisaniu i rozmowach się zawsze kończyło? Tylko przez jego przebłyski próbuje mi namącić w głowie.

A ja nie mogę już w to wierzyć. Byłabym głupia przecież, jeśli znów dałabym się w to wciągnąć, omotać, zmieniać zdanie. Przecież jedno z nas w końcu musi dorosnąć i brać życie w swoje ręce, a nie czekać wiecznie na CUD. Który i tak się nie pojawi bo niby skąd? Jak? Powstał między nami już dawno mur, który jest nie do zburzenia i postawiono dodatkowo lustro fenickie. Ja Go widzę cały czas, za to On Czasem go omija i tylko zerka od czasu do czasu przypominając sobie o własnej rodzinie.

Pogoda dopisuje, więc wymykam się, żeby nie siedzieć w miejscu, gdzie wszystko się przypomina. Wychodzę i nie mam czasu na rozmyślanie i rozdrapywanie ran. Póki co wychodzi mi to. Nie myślenie o przeszłości.

 

 

Inness

j.n.

  • Napisane 14 czerwca 2013 o 23:32

Dziś zebrałam kolejny argument, na to że dobrze postępuje.

Życie rodzinne z uzależnieniem

  • Napisane 5 czerwca 2013 o 22:55

Przyszedł czas, żeby w końcu z siebie to wyrzucić.

P. poznałam w ten sam dzień jak zakończyłam poprzedni związek, całkowicie przez przypadek. A pomyśleć, że gdyby nie kumple nie ruszyła bym się już z domu, gdy wróciłam po pracy i nie zdążyła bym Go poznać. Ale stało się, stety lub niestety. Ujął mnie tym, że był całkiem inny od moich byłych, ba jest nauczycielem, studia skończył, jest o 7 lat starszy ode mnie. Nie spotkałam jeszcze takiego na swojej drodze, w sumie wszystko się szybko potoczyło, pierwszy pocałunek w ten sam dzień, na drugi dzień zaproponował, że che ze mną być. Ja natomiast się wahałam, bo ledwo zakończyłam jeden związek, a tu drugi, ale weszłam w to. Na początku nie żałowałam, nawet było prawie jak w bajce.

Później ciąża, której oczywiście się przestraszyłam, mieszkałam jeszcze u matki, a że z nią nigdy nie miałam dobrego kontaktu, wiedziałam, że jak najprędzej muszę się stamtąd wyprowadzić. I nawet mi się to udało! W 5 miesiącu ciąży już wprowadzałam się do mieszkanka z P. Ślubu nie chciałam, a i On nie nalegał, więc tą sprawę mieliśmy za sobą, bo że tak szybko ciąża nastała, to ze ślubem chcieliśmy zaczekać. OCH! Jak ja się do dziś cieszę, że to nie wyszło!

Z początku nie było łatwo, on pochodził z rodziny, gdzie wszystko mamusia robiła, śniadanka, obiadki, kolacyjki pod nos, a On tylko z pracy i koleżki. Musiałam wiele rzeczy go nauczyć, rzeczy tak prostych dla człowieka, jak na przykład umycie za sobą dokładnie szklanki czy talerza. Ale nie o tym będę pisać. Gdy już wiedział co i jak, do końca ciąży myślałam, że będzie coraz lepiej, a jak tylko dzieciak przyjdzie na świat to będziemy wspaniałą rodziną. Ale nie, sprawy potoczyły się zupełnie inaczej. Zaczęły się już w ciąży coraz późniejsze powroty z pracy, że w szkole coś, że u matki był <bo do matki wtedy miał rzut beretem> ale sytuacja robiła się coraz gorsza. Potem było wracanie w nocy, ja już powoli siadałam z tego wszystkiego,jego szukaniem, proszeniem, żeby wracał do domu po pracy, płakaniem. Dwa razy wylądowałam w szpitalu, bo jak lekarz ustalił miałam ataki nerwo-bóli. Ja sama się ich bałam, bo w ciąży byłam jeszcze. Urodziłam praktycznie miesiąc po terminie, i ten miesiąc przeleżałam w szpitalu. Tam dostałam ostrego kaszlu, krótko przed porodem. W końcu urodziła się A. Niestety dla Niej mój kaszel zakończył się zapaleniem płuc, a że w naszym szpitalu nie mieli sprzętu do ratowania takich małych dzieciaczków, wywieźli ją 30 km od mojego miejsca zamieszkania. Pierwsze 4 doby po porodzie były koszmarne, wszędzie płaczące dzieci wkoło, a ja sama na tym łóżku szpitalnym, bez mojej córki. Zadawałam sobie wtedy pytania, dlaczego mnie to spotkało? Ile po kryjomu w szpitalnej łazience pod prysznicem wylałam łez to wiem tylko ja. Swój pierwszy miesiąc życia A. przeleżała w szpitalu, jeździłam do niej kiedy tylko czas pozwalał i siedziałam przy inkubatorze ile tylko miałam sił, ale po cesarce pozycja siedząca non stop nie była zbyt przyjemna. W końcu wyszła ze szpitala, wszyscy bliscy byli wzruszeni, tak bardzo się nią przejmowali. Ale póki co jest zdrowa :)

Kiedy A. miała parę miesięcy w domu rozpoczął się już totalny rozjeb w naszej rodzinie, ja wiecznie w nerwach, On nadal wychodził rano do pracy i zjawiał się późno, co raz później, nad ranem. Nie potrafiłam pojąć jak może tak postępować, mając świeżo założoną rodzinę. Co się z nim działo. Wszyscy na początku myśleliśmy, że pije, bo za każdym późniejszym powrotem do domu czułam ten wstrętny alkohol. Ale po 1,5 roku takich manewrów, prawda wyszła na jaw.  Oznajmił mi, że ma długi. Dużo długów. Dług na prawie 100 tysięcy złotych, bo wszystko przegrał na maszynach. Jest hazardzistą. A ja jak to usłyszałam, poczułam jakbym stała w długim korytarzu, daleko od Niego i nie rozumiałam co do mnie mówi. 5. listopada 2011 roku mój świat legnął w gruzach. Moje życie zaczęło coraz bardziej się psuć, stawało się nie raz tak nie do zniesienia, że nie wiedziałam skąd mam brać siły na kolejny dzień.

Na życie zostawały mi gorsze, miał wszędzie pobrane pożyczki, po bankach, znajomych. Przyznał się dopiero wtedy, kiedy już nigdzie nie mógł wziąść pożyczki, bo już limit był skończony. Potem sprawy się ułożyły, oczywiście z pomocą szła jego matka. Bo Ona da sobie, właściwie kiedyś , teraz już wie, że to byłoby nie opłacalne dla Niej, rękę uciąć za swojego synka. Spłacili mu kredyty w bankach, które były pobrane na 6 lat, a rata wynosiła jego większość wypłaty. Ale ma to spłacać im, swoim rodzicom, mniejszą ratę, ale już nie z takimi odsetkami, jakie by miał w banku. Teraz wiedzą, że spłacając mu pożyczki, otworzyli mu tak naprawdę wrota do kolejnych. Na życie zostawało trochę więcej, ale dało się przeżyć. Ale co z tego, jak nasze relacje zepsuły się już do tego stopnia, że ja nie mogłam na niego patrzeć, a On na mnie.

Po roku nie chodzenia do kasyna, znów w przeciągu 3 miesięcy zrobił dług na kwotę 20 tysięcy. Nie zdążyłam otrząsnąć się dobrze, z jednego długu, znów narobił drugiego. I znów na życie nie starcza, dodatkowo wcześniej już zmniejszyła się liczba godzin w pracy to i wypłaty mniej. Nasze relacje są już u kresu wytrzymałości. Dlatego postanowiłam, że dość się już nacierpiałam, dość mam życia w strachu, kiedy znów pójdzie do kasyna i muszę chcąc, czy nie, wziąść sprawy w swoje ręce. Jeszcze tylko kilka miesięcy i zabieram się stąd z A.  Póki co jeszcze muszę trochę pocierpieć.

Mam 23 lata i mam dość już takiego życia. Czas żeby teraz On odcierpiał swoje, a potem ja zaśmieje mu się tak w twarz jak On mi, kiedy ponad połowę swojej wypłaty oddaje ze spokojem na swoje długi, a mi z bezczelnym uśmiechem na twarzy daje psie grosze.