Aktualnie przeglądasz kategorię Początek
Wyświetlam 1 - 10 z 19 notek

Urodziny A i klucze do nowego mieszkania

  • Napisane 23 lutego 2016 o 22:35

No i klucze ładnie odebrane. Jestem MEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEGA zadowolona!!!! Jak i S. Kopary nam opadły, jak weszliśmy do mieszkania. Wszystko odnowione, nowe, łazienka od podstaw wyremontowana, ściany przygotowane do malowania. Jest o wiele lepiej niż przypuszczaliśmy, że będzie. Przede wszystkim cieplutko i ładnie. A jak dojdą dzisiejsze tapety i farby, które razem wybieraliśmy pół przedpołudnia to będzie jeszcze piękniej. S. nawet odpalił jakiś taniec w przedpokoju, to chyba był taniec zachwytu  Od jutra S. zaczyna pracę nad ścianami i cała resztą. Ja natomiast muszę przygotować się do jutrzejszego przyjęcia urodzinowego od A. Dziś moja córeczka kończy równe 5 lat!!!!!!  Napompowanie tych…

Życie z Muzułmaninem cz.II

  • Napisane 20 listopada 2015 o 17:43

W związku ze znalezieniem mieszkania i nową sytuacją u Kami, postanowiłam przenieść się do S; przy czym ciągle remontowaliśmy moje mieszkanie. Mieszkałam z S. 2 miesiące. W końcu w styczniu 2014 roku przeniosłam się do siebie, ale to nie oznaczało koniec naszego związku. On przebywał ciągle u mnie, zabrał parę swoich rzeczy i zaczęliśmy tworzyć coś razem. Obawa o wielką różnicę między nami nadal pozostawała. Dla mnie było to jak dwa różne światy, a nie tylko różnica. Wałkowane tematy o nim, jego religii i kulturze nie zniknęły. W dalszym ciągu on tłumaczył mi, z jakże wielką teraz zauważalną cierpliwością to…

Początek życia z Muzułmaninem cz. I

  • Napisane 18 listopada 2015 o 11:28

Naszła mnie jakoś chęć opisania rzeczy, której jeszcze nie poruszałam na swoim blogu. Mianowicie chodzi o mój związek z S.

Zacznę może od tego, że jak przyjechałam do Niemiec nie planowałam od razu bycia w związku i nie szukałam nikogo dla siebie. To przyszło samo, mimo moich wielkich obaw.

W roku 2012 przyjechałam do Kami, mojej przyjaciółki na urlop. Miałam z moim eks mnóstwo problemów, finansowych i między nami (o tym pisałam już wcześniej w „Rodzina z uzależnieniem”). Ale wiedziałam, że muszę się wyrwać i zobaczyć jak to się potoczy. Gdy wróciłam po miesiącu, pożałowałam zaraz gdy przekroczyłam próg domu. Zobaczyć go „wczorajszego” i zastać mieszkanie w brudzie nie należy raczej do przyjemności. Ale nie chodzi o to, że był przepity i że mieszkanie było brudne, raczej o to że między nami nic się nie zmieniło po tej przerwie. Było jeszcze gorzej…

Na urlopie poznałam sąsiada Kami – S. Mieszkał tam z żoną i córką. Oboje są muzułmanami. Przedstawili mnie jemu z grzeczności, przy czym on stał na swoim balkonie a ja machnęłam tylko ręką. Z resztą nie znałam na tyle niemieckiego, by sobie pogawędzić. W owym czasie między nim a jego już byłą żoną, działo się bardzo źle. Ona wyjechała na 2 tygodnie z córką do swojej rodziny mieszkającej o 300 km dalej.

S. przychodził z pracy, zapukał do Kami pod byle pretekstem i został na herbacie. Ja żartowałam sobie z niego, z Islamu, z muzułmanów, itp. Wygłaszałam co mam do powiedzenia, Kami oczywiście mu tu wszystko tłumaczyła. Nie miałam nic złego na myśli, po prostu nigdy nie miałam okazji siedzieć przy jednym stole i to tak blisko obcokrajowca i to „stamtąd”. On śmiał się z moich wygłaszanych przemyśleń, ale też poprawiał jeśli gdzieś byłam w błędzie. Szczerze powiedziawszy to był naprawdę śmieszny i miły wieczór. Siedzieliśmy jak gdyby nigdy nic ja, on, Kami i jej też już były mąż. Dawno się tak nie odstresowałam, jak tego wieczoru. Jak się potem dowiedziałam i S. miał podobne odczucia.

Przychodził co wieczór, a jeśli nie to zawsze stał na swoim balkonie, a my na balkonie Kami i każdy coś tam paplał. Rzucił raz hasłem, że mam przyjechać do Niemiec na stałe i zamieszkamy razem. Oczywiście ja wzięłam to za absurd, on rzucił to pół żartem, pół serio.

Urlop się kończył i musiałam wracać do szarej Polski. Wróciłam, ale wiedziałam, że to tylko kwestia czasu kiedy sama wyjadę do Niemiec. Nigdy nie lubiłam mieszkać w Polsce. Jak byłam w Holandii to bardzo przypadło mi do gustu mieszkanie za granicą. Wróciłam. Między mną a P. psuło się i psuło bez końca. W końcu w 2013 roku wyjechałam. Parę dni przed wyjazdem dostałam wiadomość od S. czy to prawda, że przyjeżdżam na stałe. Przyznam, że zdziwiła mnie jego ciekawość, odpisałam, że tak. Ja przyjechałam w sierpniu, a on tego samego roku w czerwcu w końcu odszedł  od swojej byłej. Mieliśmy jakiś kontakt między sobą przez Facebooka, ale tylko zdawkowe „cześć, co słychać”. Żadne z nas nie robiło wobec siebie jakiś planów.

Na początku zamieszkałam u Kami, by ogarnąć sprawy papierkowe i mieszkanie. S. bardzo mi pomagał, zawoził gdzie był termin. Był chętny do spotkania nawet jeśli nie było terminu w jakimś urzędzie. Powoli, powoli on łapał ode mnie angielski. Zaczęliśmy ze sobą pisać, najpierw o głupotach, potem o innych tematach, ale nadal nic ważnego. Po którymś spotkaniu (zawsze spotykaliśmy się w 3 ja, on i kami i nasze dzieci) napisał do mnie, że mnie kocha. Zaraz z wielkimi pretensjami odpisałam, że to jakaś bujda i że nie wierzę w to. On zmieszany więcej tego nie napisał. Potem było tylko „I like you”. Nie wierzyłam w to, bo dla mnie takie rzeczy i to po raz pierwszy mówi się w twarz, nie za pomocą smsa czy komunikatora.

Jak się potem okazało, spodobałam się jemu już od pierwszego dnia mojego urlopu, ale nie robił też sobie jakichkolwiek nadziei, bo sam miał rodzinę, żonę. Ja mieszkałam w Polsce. Do dziś mówi, ze czekał na mnie prawie dwa lata. W końcu po którymś spotkaniu u niego, powiedział mi całkiem poważnie, że mnie kocha. Nie odpowiedziałam nic. Całkowicie mnie zaskoczył. Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć i czułam, że nie żywię aż tak dużego uczucia, jak miłość wobec niego. Przyszło to z czasem.

Mieliśmy wiele tematów, mi nie kończyły się pytania na temat jego religii, Koranu, Islamu, życia i jego kultury. On z wielkim spokojem i cierpliwością odpowiadał jak to wszystko wyglądało. Oczywiście ja słuchając go i tych sprzeczności, które się pojawiały, ponieważ to co piszą w internetach czy książkach lub opinii kolegów nie pokrywały mi się. Zagłębiałam się bardziej i bardziej, potrzebowałam potwierdzenia w jego opowieściach czy to aby na prawdę tak jest, jak opowiada. Jedynym potwierdzeniem na to czy kłamie, wydawało mi się tylko postawianie tych samych co jakiś czas pytań i słuchanie, czy odpowiada na nie tak samo jak przedtem.

Ani razu nie zmienił wcześniej postawionego słowa. Za każdym razem opowiadał i tłumaczył w ten sam sposób. Wiedziałam, że nie kłamie i nie kręci. To był wielki plus. Mimo tego bałam się bycia z kimś z tamtych stron. Zawsze zostaje ta obawa.

Jak zacznie bić? Jak będą awantury? Jak się zmieni w radykalnego Islamistę? Lub terrorystę? Postanowiłam zaryzykować, ale z wielkim dystansem. Z czasem dystans zmniejszał się, ale i tak była ta obawa…

cdn…

 

Inness

Rewolucja brzuchowa part. II

  • Napisane 13 lipca 2015 o 22:49

Przez parę ostatnich dni, zastanawiałam się – jak tu wejdę – czy zmienić nazwę bloga… Przez nadchodzące zmiany. Ale postanowiłam, że na razie jest dobrze jak jest.

Zmiany…

Są i to wielkie. A raczej nastąpią.

03.07.2015 to była przełomowa – następna – data w moim życiu. Chodziłam już nerwowa od paru dni i wiedziałam co się może święcić, ale nie wierzyłam w to, bo czekałam na to dość długo i nie brałam tego na poważnie, że jednak mogło się udać. Od dwóch dni szukałam owego „przyrządu”, bo wiedziałam, że gdzieś miałam schowany. W końcu trzeciego lipca, w piątek znalazłam. Użyłam „przyrządu” no i kiedy pokazały się dwie kreski, burknęłam do siebie tylko: „No oczywiste to jak słońce”.

Jestem w ciąży.

Najpierw się rozpłakałam. Sama nie wiem czemu. Kiedy po 15 minutach się lekko uspokoiłam, zadzwoniłam do S. czy może wcześniej urwać się z pracy, ale on jak to on zaczął wypytywać przez telefon, dlaczego. Nie chciałam go w ten sposób informować, więc odpuściłam i powiedziałam, że może wrócić normalnie z pracy – jak zwykle. Po 10 minutach oddzwania i pyta, czy jestem w domu, bo zaraz przyjedzie. Zaczęłam się denerwować… Wyciągnęłam z szafy, wcześniej – prawie rok temu – zakupione małe skarpeteczki i schowałam pod poduszkę.

Przyszedł…

- O co chodzi?

- Kochasz mnie?

- Co za durne pytanie, no jasne, że tak…

Zaczęłam się jąkać i trząść…

- Muszę Ci coś powiedzieć…

I odwracam się, żeby sięgnąć po skarpeteczki.

- Jesteś w ciąży?

Myślę sobie, co psujesz niespodziankę? Mimo tego podaję mu skarpeteczki i mówię

- Będziemy w końcu tego potrzebować.

- Na prawdę????

Mi głos się już załamał…

- Na serio będę drugi raz ojcem?

Jego łzy w oczach i zdumienie rozbroiło mnie do końca i wybuchłam płaczem.

- Boże, ukradłaś mi serce…

No i zaczął obsypywać mnie pocałunkami po twarzy. Wzruszyłam się do potęgi. Lepszej reakcji nie mogłam się spodziewać.

Oboje byliśmy w szoku, ponieważ o dziecko staraliśmy się prawie przez rok. Nie wychodziło nic a nic. W końcu zostawiliśmy to na pastę losu. Co ma być to będzie. 27 lipca miałam termin do ginekolożki w sprawie terapii, na podstawie tabletek, żeby ciąża w końcu się pojawiła. A ona przyszła sama. 07.07 poszliśmy do niej i powiedziałam, że test okazał się pozytywny. Ucieszyła się, że wszystko odbyło się naturalnie, bez tabletek. Poszliśmy zrobić USG. Zanim cokolwiek powiedziała, ja już sama widziałam tą plamkę na monitorze. Lekarka pogratulowała serdecznie, a ja znów się rozpłakałam. 7 tydzień…

Niby nic, ale ciągle jestem śpiąca. Na szczęście nie wymiotuję, ale dziennie boli mnie brzuch. Co jest normą, jak to ginekolożka ujęła. Choć dziś o dziwo nie boli mnie nic. Za to w ciągu dnia nie umiem obejść się bez drzemki. No po prostu nie wyrabiam bez tego. Fasolka ma 1 cm. Następną wizytę mamy na 06.08. A. zareagowała szaleńczym śmiechem, kiedy ją poinformowaliśmy, że będzie starszą siostrą i codziennie wypytuje o dzidzię. Całuje mnie po brzuchu. Pokazywałam jej zdjęcia, jak dziecko się kształtuje, a ona co dzień pyta mnie: „Mamusiu, a dzidzia się kształtuje?”, „Jest już duża?” i mnóstwo innych pytań. Na badaniu byłam z nią i S. Dałam jej grę, by odwrócić jej uwagę, co dzieje się na kozetce, ale ją najbardziej zainteresowało to, jak to możliwe, że mamusia jedzie do góry na fotelu? I ona też chce…

Termin jest na 04.03.2016.  S. śmieje się, że chronologicznie rodzę dzieci: A. z lutego, następne z marca. Jak nadarzy się następne, to na bank będzie z kwietnia.

Tak więc rewolucja się szykuje…

 

Inness

Przygoda z blogowaniem

  • Napisane 16 stycznia 2015 o 11:18

Moja przygoda z blogiem zaczynała się dość długo. Zawsze uwielbiałam pisać, ale zdawałam sobie z tego sprawę, że polonistka ze mnie marna. Nie umiem i nie znam tych trudnych słów, nie sklejam pięknie zdań, nie mam zdolności dziennikarskich. Nie wiedziałam w co uderzyć. Ktoś, kto nie ma wybitnych zdolności do pisania – jak może w ogóle się za to zabierać? Później odkryłam takie coś jak blogowanie. Coś na miarę pamiętnika. Jak byłam nastolatką też miałam swój pamiętnik. Ale pisanie w zeszycie, mając dwie siostry… Zawsze zostaje ten strach, że ktoś znajdzie i potem będzie wielka śmiechawa. Popisywałam trochę, ale potem…

Na początek krótko

  • Napisane 13 listopada 2013 o 00:53

Nawet nie wiem od czego zacząć…

Może od A. zmieniła się, co zauważyłam ostatnio. Większa gaduła się z Niej zrobiła. Nie raz jestem pod wielkim wrażeniem jej nowych zdolności, jej nowych pomysłów. Potrafi mnie rozbroić w 3 sekundy. Nabroi, zrobi minkę, a ja powstrzymuję w sobie śmiech, który momentalnie się we mnie wzbiera. Chwyta nowe słowa tak szybko, że nadziwić się nie raz nie potrafię…

Znalazłam już swoje mieszkanko, teraz zostało jeszcze odświeżyć ściany, sprzątnąć, kupić meble i się wprowadzać. Myślę na święta będę już faktycznie na swoim. Chciałabym już, bo to już czas najwyższy…

 

Na początek tyle, bo późna już godzinka, a rano muszę się zbierać. Zimno na dworze, więc i w mieszkaniu również, a co za tym idzie? Wstać z ciepłego łóżka się nie chce…

 

Miłej nocki!

Inness

Inness znów powraca!

  • Napisane 12 listopada 2013 o 11:01

Pustki u Inness…

Z góry przepraszam za nieobecność….

Dzieje się tyle, że laptop leży cicho w kącie i cicho zerka na mnie jednym okiem, a drugim przysypia…

Lecz dziś dorwałam go i zamierzam znów zacząć z nim przyjaźń.

Muszę nadrobić stracony czas z moim blogiem. On podtrzymywał mnie na duchu i osoby, które tu zaglądały, więc postaram się to wszystko nadrobić.

Na razie życzę udanego dzionka!

Pozdrówki!

Inness

Ploteczki prosto z Niemiec

  • Napisane 31 sierpnia 2013 o 14:02

Dłuuuuuugo mnie nie było.

Jeśli jesteś w nowym miejscu, nowe zakamarki, nowi ludzie, dodatkowo sprawy urzędowe to właśnie tak to wygląda. Zero czasu na nic, plus dodatkowo dzieci.

Ale już piszę co słychać. Sprawy urzędowe załatwione, zostało mi poszukać mieszkania. Nie spodziewam się, że przyjdzie to szybko, ale w końcu nastanie ten czas.

Przebywanie w gronie, gdzie wszyscy mówią w innym języku niż Ty, jest naprawdę męczące, ale nie patrzę na to z tej strony. Raczej z tej, że szybciej się nauczę języka, bo przebywam z nimi.

Poznaję mnóstwo nowych ludzi. Jedni są do rany przyłóż, inni no to już się pewnie domyślasz.

Jeśli chodzi o przyjazd tutaj, czy żałowałam przez te 2 tygodnie, odkąd tutaj jestem? Ani razu!

A. też nie wspomina praktycznie o tamtych stronach. Parę razy się zdarzyło, że mówiła o paru osobach i czy idziemy do domu, ale szybko idzie jej uwagę odwrócić od tego. Pytam ją co jakiś czas; „A. fajnie jest tutaj?”, „A. podoba Ci się tutaj?”, a Ona zawsze odpowiada tak. Więc chyba nie ma tak źle.

P. z tego co mi opowiada, co się dowiedziałam, nie chodzi na dalszą terapię, bo jak mi to ujął: „Nie umiem się zebrać”. Stoi nadal w miejscu, i to daje mi dobrą motywację do działania, że nie żałuję, że stamtąd wyjechałam, bo widzę, że nic tam się nie zmienia. Cholera wie, czy nie było by jeszcze gorzej…

 

Inness

Nowy start

  • Napisane 18 sierpnia 2013 o 14:37

Inness jest w innym wymiarze.

A tak na prawdę, to dojechałam z A. cała i zdrowa. Podróż się przeciągnęła, ale to byłoby wręcz nie normalne, jeśli by mnie opuścił nie fart. Czuję się dobrze, moje samopoczucie też jest niezłe. Czuję się, jakby ciężar ze mnie spadł. Muszę dodać, że to miłe doznanie. Jest mi troszkę przykro z powodu tych, którzy płakali dlatego, że wyjeżdżałam. Lecz wiem, że jak przywykną do sytuacji, że mnie nie ma, że jestem tu, a Oni tam będzie im łatwiej.

Jestem ciekawa co będzie się ze mną działo z czasem… Na razie jest na prawdę dobrze.

 

 

Dziękuję wszystkim za wsparcie, miłe słowa i pocieszanie. To miło czuć, że jest ktoś, kto dobrze Ci życzy.

 

Inness

Zamykam stare. Otwieram nowe.

  • Napisane 16 sierpnia 2013 o 06:15

16 sierpnia…

W końcu nadszedł ten dzień.

Spać nie umiałam prawie całą noc. Jeszcze telefon w nocy mi dzwonił i od tamtej pory nie umiałam spać.

Dlatego wstałam już o 5:00. Muszę po dopinać wszystko na ostatni guzik.

Czy jest mi smutno? Próbuję sobie na to odpowiedzieć. Raczej czuję lekki strach i zdenerwowanie.

W sumie mam przed czym. Zmieniam całe życie o 360 stopni…

Oby była to dobra inwestycja.

Jeśli będzie wolna chwila – odezwę się.

Trzymajcie kciuki za mnie, za A., za pomyślność i życzcie szerokiej drogi! :)

 

 

 

 

 

Inness