Aktualnie przeglądasz kategorię Nowe życie
Wyświetlam 1 - 10 z 19 notek

Wreszcie normalny dzień…

  • Napisane 22 kwietnia 2016 o 23:28

Dziś dzień na spokojnie… W końcu, bo od dłuższego czasu nie jest za wesoło między mną a S. Kłótnie i kłótnie.

W końcu dziś odbył się dzień bez tej niepotrzebnej rzeczy.

Zjedliśmy śniadanie, A. została w domu, bo nie poszła do przedszkola. Potem poszliśmy na spacer i zrobiliśmy zakupy. Wróciliśmy do domu, S. przygotował obiad, ja coś sprzątnęłam. Po obiedzie Cappuccino i herbata, a do tego coś słodkiego. W końcu było jak trzeba. Pytanie tylko, na jak długo?

Jutro idę na urodziny do męża mojej koleżanki. Byłej mojej sąsiadki, zaprosiła mnie na urodziny swojego męża. Widzę, że coś za bardzo chyba szuka ze mną kontaktu. Nie mam do niej nic, jest również ode mnie starsza o 7 lat. Ale widzę, że niezła z niej plotkara, bo opowiada mi o osobach, których nawet nie znam i które mnie obchodzą tyle co zeszłoroczny śnieg. Mimo tego lubię ją, bo potrafi się śmiać sama z siebie jak i z różnych sytuacji. Ma syna rok młodszego od A. ale nie przeszkadza im to w zabawie między sobą. Po całym stresie, który nie opuszcza mnie ostatnio prawie w ogóle i po nerwach, doszłam do wniosku że dam się namówić na te urodziny. Zabiorę A; bo Ss. jest za mała na takie imprezy, poza tym S. zostaje w domu, bo nie znają się za bardzo a do tego i tak język będzie raczej polski niż niemiecki. Więc i tak praktycznie by siedział. Po lekkim marudzeniu, że czemu chcę iść, itp. zgodził się. Więc jutro mam nadzieję trochę się zrelaksować.

Poza tym w poniedziałek Ss. w końcu będzie mieć bilans, do którego ostatnio nie doszło no i podejrzewam szczepionki, więc nie będzie wesoło.

Liczę na miłą imprezę jutro!

 

Inness

Poród i szpital

  • Napisane 19 marca 2016 o 16:14

Jako matka dwójki dzieci, donoszę iż 13.03.2016 urodziła się mała Ss.

Odbyła się jednak cesarka, ponieważ wywoływanie jak zawsze nic nie przyniosło. Powiedziałam, że chcę cesarkę bo nie mogę spędzić nie wiadomo ile czasu w szpitalu, bo A. też mnie potrzebuje, a skurczy jak nie widać tak nie widać. Pokroili mnie i o 15:22 urodziła się Ss. Też duża, bo 4100g i 53 cm ale nie tak duża jak A. – 4370g. Tylko, że z tą różnicą że u Ss. nie widać, by ważyła 4 kilo. Wyszłam ze szpitala w środę. Mała Ss. śpi i pije mleko. No tak, jak to noworodki. Był mały problem ze spaniem w łóżeczku, ponieważ po pół godzinie leżenia w nim budziła się z płaczem i weź tu wstawaj co pół godziny przez całą noc. Dziś w nocy zrobiłam jej mały reset i śpi jak ta lala.

Pobyt w szpitalu był jednak nie do porównania z polskim szpitalem. Położne miłe, warunki wręcz jak z filmu. W każdej sali wanny, toalety, piłki, szarfy, wygodne łóżka. Jedzenie… W Polsce pozostaje wiele do życzenia. Tutaj na śniadanie jest bufet, z którego jesz ile chcesz i co chcesz. Wybierasz z 3 różnych obiadów do wyboru + do wyboru jest kolacja. Już nie chodzi o tak wielkie menu, ale o wielkość porcji, smak, wygląd czy podanie. Wszystko jest serwowane z deserem do obiadu, czyli jakieś ciasto lub ciastko i owoc. Na kolację jogurt.

Jeśli chodzi o wyposażenie szpitala po porodzie. Nie potrzeba mieć swoich ubranek dla dziecka, pampersów, chusteczek – wszystko to jest. Dostajesz również prezent dla nowego dziecka, trochę makulatury ale też i bardziej konkretne rzeczy. Dla mamy też jest na miejscu majtki jednorazowe, podpaski, rożek do karmienia, maść na pękające brodawki przy karmieniu czy tabletki na zastopowanie mleka w piersiach.

Jednym słowem nie ma porównania co do porodu w Niemczech a Polską. Tak pokrótce opisałam jak wygląda to w Niemczech, bo ktoś o to wcześniej prosił.

A. ucieszyła się z siostry, przywitała ją miło.

Tylko mnie nadal boli rana i plecy, bo wkuwali się z znieczuleniem w kręgosłup kilka razy i nie wiem czy to z tego powodu czy z powodu obciążenia kręgosłupa przez brzuch ciążowy i nadwyrężony musi wrócić do poprzedniego stanu… Mam nadzieję, że przestanie.

 

Inness

Strach przed jutrzejszym!

  • Napisane 11 marca 2016 o 21:48

Mój ostatni wpis jako ciężarna…

Jutro na 9:00 mam być w szpitalu, by wywołać poród. Oczywiście nie wiadomo, czy załapie za pierwszym razem bo nie zawsze to wychodzi. Jestem tydzień po terminie. Co u mnie bywa już normalką. Sęk w tym, że strach oblatuje mnie przed samym bólem i przed znów długim oczekiwaniem na przyjście skurczy.

Z A. przebywałam 3 tygodnie w szpitalu zanim doszło do porodu. Jak pomyślę, że tym razem mogę tyle tam być to odechciewa mi się wszystkiego. Najgorzej ze względu na A. Aktualnie jest u Kami, ma się nią opiekować do porodu. Ale mimo wszystko A. potrzebuje mnie, potrzebuje matki. Wystarczy, że „ojca” ma kretyna. Kami ma córkę, więc podczas zabawy zapomni, że mnie nie ma lecz matka to nadal matka. Dziś prawie się rozpłakałam, jak tłumaczyłam jej że nie będziemy się widzieć przez parę dni, tak jak to zwykle bywa. Zapewniłam, że będę dzwonić do niej i że jak wrócę już ze szpitala, to będzie mieć siostrzyczkę. Ona przytuliła się mocno i powiedziała: Kocham cię bardzo mocno. Wzruszyłam się.

Dziś byłyśmy jeszcze razem u kolegi A. na urodzinach. Tort był przepyszny. Impreza była miła. Dziś również obchodzi urodziny ex, „ojciec” A.  Kończy dziś 33 lata i pomyśleć, że na koncie ma już utratę rodziny plus dług przez siebie zrobiony na 100 tys. Nieźle, jak na taki wiek. Ale sam sobie winien.

Idę się jakoś „zrelaksować”, bo moja głowa ciągle przy jutrzejszym dniu. Obejrzę jakiś film i coś zjem. A od jutra walka. Z jednej strony chciałabym być już po, ale z drugiej ten ból i ten strach… Katastrofa.

Do usłyszenia jako matka dwójki dzieci!

 

Inness

Nowe mieszkanie, sąd i ciąża po terminie

  • Napisane 7 marca 2016 o 18:50

Długo mnie nie było. To przez nadmiar rzeczy jakie się pojawiły. Końcówka lutego i wskok do nowego miesiąca – marca – oznaczało wiele rzeczy do zrobienia. Urodziny A. udały się bombowo. Prezenty się podobały i tort z kucykami My little pony się bardzo jej podobał. Sprawa w sądzie zakończyła się pomyślnie dla mnie. Sąd odrzucił całkowicie wniosek ex i postanowił, iż sprawa musi się odbyć w Niemczech!!!! HA! HA! HA! Moja prawniczka powiedziała, że wyszedł z sali bez słowa. Zawiedziony na bank. Myślał, że wygra to o co wnioskował. Jestem ciekawa czy szarpnie się na rozprawę w Niemczech. A. miała…

W oczekiwaniu na jutro!

  • Napisane 22 lutego 2016 o 19:56

Jutro dwa wielkie wydarzenia w jednym dniu

  • Urodziny A.

Prezenty popakowane, torcik kupiłam ale muszę kupić coś większego. Normalnie by wystarczył, ale zakupiłam taką nakładkę na tort z konikami My Little Pony, bo A. uwielbia te konie i jest większa niż sam tort. Paczuszki dla dzieciaków do przedszkola zrobiłyśmy. Jak tylko A. się położy do łóżka i zaśnie, to jak zawsze co roku, wieczorem nadmuchiwałam mnóstwo balonów i pozawieszałam jej w pokoiku. Więc gdy rano się budzi przybiega do mojego pokoju i woła: ŁAAAAAAAAAAAAAAAAAAŁ MAM BALONY W POKOJU. I znów wielkie ŁAAAAAAAAAAAŁ! W tym roku się wycwaniłam, bo zakupiłam pompkę do dmuchania balonów. Dmuchanie balonów jest ciężką pracą, a w ciąży przy wiecznym braku tlenu…. Jeszcze gorzej. Poza tym rzecz owa się przyda, bo kolejne urodziny nowego dziecka też trzeba będzie świętować. A co za tym idzie… Dmuchanie balonów….

Pójdzie do przedszkola świętować w grupie swoje urodziny, później gdy wróci do domu dostanie prezent, a drugi w środę bo w ten dzień wyprawiamy imprezę w domu.

  • Dostaniemy w końcu klucze do mieszkania!!!!

Tak zadeklarował się dziś drugi dozorca, bo z jednym nie ma kontaktu. Jutro ponoć o 10:00 mamy przyjechać pod mieszkanie i dostaniemy w końcu wyczekiwane klucze, by można było coś zacząć robić. Nie możemy się doczekać z S. Dziś kupiliśmy już tapety do pokoju A; wczoraj do sypialni. Chcielibyśmy kupić więcej, ale nie mamy pomiaru ścian i trudno jest cokolwiek wyliczyć – ile i czego potrzebujemy. Mam nadzieję, że już jutro zakończy się męka z czekaniem. Jedno jest pewne, dziś mam pospane. Ciągle będę myślała o tych kluczach i jak wygląda to mieszkanie po remoncie.

Dziś też już obudziłam się po 7:00 rano i spać nie mogłam, bo myśli krążyły mi koło czwartkowej rozprawy w sądzie. Niech ta sprawa też się już skończy.

 

Inness

Stare i nowe mieszkanie, USG i urodziny

  • Napisane 19 lutego 2016 o 12:52

Wczoraj znów kolejna kontrola u ginekologa. Robiła USG, bo wcześniej mówiła coś o jednej większej nerce u dziecka i chciała się upewnić czy wszystko w porządku. Z A. nie miałam w 9 miesiącu USG, więc moje zdziwienie gdy zobaczyłam piękną mała buźkę z policzkami i nosek osiągnęło zenitu. S. też się zdziwił i patrzał z niedowierzaniem. Dokładnie 2 tygodnie zostały do terminu. Ja wyglądam na zmęczoną tą ciążą, bo sama doktorka stwierdziła, że chyba mam już dość. Do tego przeprowadzka i zmęczenie widać na mojej twarzy coraz bardziej.

Wczoraj tylko zjedliśmy na szybko śniadanie i poszliśmy spakować rzeczy u S. w mieszkaniu. Ja zajęłam się balkonem i pokojem, a on całą kuchnią i przedpokojem. Jakoś się uwinęliśmy, ale już przy końcu rozbolała mnie głowa przez ciągłe schylanie się no i te plecy… Została piwnica, ale dziś S. już to sam zrobi. Ja mam dość. Zostało tylko moje mieszkanie. S. dzwonił również do firmy z mieszkania jak daleko stoi remont i kiedy możemy spodziewać się kluczy. Facet odpowiedział, że w tym tygodniu powinno być mieszkanie gotowe, więc w przyszłym tygodniu mamy dostać klucze. Tylko nie wiadomo kiedy, bo dozorca się rozchorował, a to on musi przekazać klucze. Więc nie wiemy czego się spodziewać. Byliśmy tam wczoraj, bo myśleliśmy, że robotnicy kończą prace i wpuszczą nas. Będziemy mogli zobaczyć jak to wygląda po remoncie no i zmierzyć pokoje, by wiedzieć ile kupić farb i tapet, ale okazało się że nikogo tam nie było. Więc doszliśmy do wniosku, że mieszkanie już musi być skończone, tylko nie ma kto nam dostarczyć tych kluczy. I nie potrzebnie musimy czekać na przyszły tydzień, bo inaczej moglibyśmy już w weekend coś próbować robić. Chcemy jak najszybciej te klucze, ale nie idzie to tak jak byśmy chcieli.

Za 4 dni A. ma urodziny, dziś zapakowałam jeden prezent który dostanie we wtorek, czyli to lustereczko. Impreza urodzinowa miała się odbyć we wtorek, ale S. zostały teraz tylko 2 dni pracy i wypada to na poniedziałki i wtorki, więc gdy goście przyjdą on byłby tylko przez godzinę. Więc przesunęłam urodziny na środę.

Najważniejsze, by dostać w końcu te klucze… A za tydzień rozprawa w sądzie. Ex pewnie siedzi jak na szpilkach i liczy na wszystko, o co wnioskował w swoim piśmie. Za mnie pójdzie prawnik, któremu udzieliłam pełnomocnictwo i zobaczymy jak to się potoczy. Oby całą sprawę odrzucono. Tego ja oczekuję od sądu.

 

Inness

Motywacjo, gdzie jesteś?!…

  • Napisane 15 stycznia 2016 o 21:13

Sytuacja w domu wreszcie opanowana od wczoraj.

Byłam również na zakupach dla nowego dziecka, by zakupić ubranka dziecięce.

Najgorsze, że nadal nie chce mi się ruszać tego co mam tutaj do zrobienia. Byłam znów wczoraj na nowym mieszkaniu. Były już lokator powynosił swoje rzeczy i można było głębiej wejść do pokoi, a nawet wyjść na balkon. S. bardzo spodobało się to mieszkanie. Mi już wcześniej, ale dopiero wczoraj można było zobaczyć jak wielkie są pokoje, czy łazienka.

Ja już w końcu za zwolnieniu całkowitym. Czyli dopóki to dziecko, które się jeszcze nie narodziło nie dostanie się do przedszkola, to będziemy razem kwitły w domu.

A. już nie może się doczekać, kiedy jej siostra będzie w domu. Ciągle pyta, czy będzie mogła dać jej mleczko lub się pobawić.

Ja muszę w końcu znaleźć tą motywację do działania, bo zostaje coraz mniej czasu…

 

Inness

Miły weekend i wzruszająca wiadomość

  • Napisane 30 listopada 2015 o 21:26

Cały weekend był w drodze, tzn. narobiliśmy masę kilometrów. W sobotę 5 godzin i w niedzielę. Nie wiem jak ja to wytrzymałam… Było ciężko, szczególnie ciężko jest z powodu dużego brzuszka.

Byliśmy odebrać córkę S. i pojechaliśmy do Bonn na Jarmark świąteczny. O wiele większy niż tu, gdzie mieszkamy. Pochodziliśmy, pooglądaliśmy, pozwiedzaliśmy. Pogoda nawet dopisała i wróciliśmy późno do domu. W niedzielę trzeba było odwieźć córkę od S; bo nie mieszka w tym samym mieście i znów 2,5 godziny jazdy do Sankt Augustin, wskoczyliśmy do KFC coś zjeść, potem jechaliśmy godzinę do kuzyna od S. do Krepeld i z powrotem do domu ponad 2 godziny. Jak tylko weszłam do domu, to piżama i łóżko. Taka trasa jest naprawdę męcząca. Ale to był miły weekend. Miło było coś zobaczyć, wyrwać się choć na chwilę z miasta, pobyć z rodziną.

Dziś nie poszłam do szkoły, ponieważ w związku z rezerwacją mieszkania tylko do 04.12.15 – to czas abyśmy zdążyli dać znać czy bierzemy to mieszkanie czy nie – postanowiłam iść z S. do firmy, z której przyszła oferta wspomnianego przeze mnie wcześniej mieszkania. Jak się okazało słusznie postąpiłam, bo sprawdzali mnie jak i S. pod względem, czy posiadamy zadłużenie bankowe. Oczywiście nie posiadamy owego, więc mieszkanie otrzymaliśmy!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Nie mogłam w to uwierzyć. Pod koniec już rozmowy nie mogłam nic więcej wydusić z siebie, bo połykałam już łzy szczęścia. Miałam ochotę tą kobitę uściskać, ale postanowiłam podziękować podaniem jej ręki. Wyszłam z biura i łzy zaczęły mi płynąć i nie potrafiłam ich powstrzymać. S. podszedł cały uśmiechnięty, objął mnie i powiedział tylko „Już dobrze, udało nam się”. Miałam nogi jak z waty.

Ile stresu przez szukanie mieszkań nas nachodziło. Od sierpnia szukaliśmy mieszkania. To ciągłe oglądanie, składanie papierków i dostawanie odmowy zabijało w nas nadzieję… Ale w końcu się udało. Co prawda nie podpisaliśmy jeszcze żadnej umowy, bo mamy ja podpisać za około 2 tygodnie, ale Pani zza biurka powiedziała stanowczo, że mieszkanie jest nasze. Facet, który tam mieszka ma się wyprowadzić do 15.01.16 i potem wchodzi ekipa remontowa. Będzie łazienka od nowa robiona, toaleta i wanna nowe, pokoje od nowa malowane. W Niemczech, jeśli uda ci się dostać mieszkanie z firmy, to mieszkanie dostajesz jak nowe, a nie takie rudery jak w Polsce. Ściany co prawda białe, ale nie w katastrofalnym stanie, jak miałam okazję przekonać się w Polsce.

Lecz i smutna nowina jest taka, że jednak jutro S. musi wyjechać do Iraku, by załatwiać to co miało być już załatwione. Ważne dokumenty, przedłużenie ich. Nie wiadomo dokładnie kiedy wróci, za 10 dni, może mniej? Może więcej? Dobija mnie ta sprawa. Ale pociesza fakt, że w maju wyjechał na całe 4 tygodnie, a tym razem będzie krócej. Oby!

 

Inness

Życie z Muzułmaninem cz.II

  • Napisane 20 listopada 2015 o 17:43

W związku ze znalezieniem mieszkania i nową sytuacją u Kami, postanowiłam przenieść się do S; przy czym ciągle remontowaliśmy moje mieszkanie. Mieszkałam z S. 2 miesiące. W końcu w styczniu 2014 roku przeniosłam się do siebie, ale to nie oznaczało koniec naszego związku. On przebywał ciągle u mnie, zabrał parę swoich rzeczy i zaczęliśmy tworzyć coś razem. Obawa o wielką różnicę między nami nadal pozostawała. Dla mnie było to jak dwa różne światy, a nie tylko różnica. Wałkowane tematy o nim, jego religii i kulturze nie zniknęły. W dalszym ciągu on tłumaczył mi, z jakże wielką teraz zauważalną cierpliwością to…

Początek życia z Muzułmaninem cz. I

  • Napisane 18 listopada 2015 o 11:28

Naszła mnie jakoś chęć opisania rzeczy, której jeszcze nie poruszałam na swoim blogu. Mianowicie chodzi o mój związek z S.

Zacznę może od tego, że jak przyjechałam do Niemiec nie planowałam od razu bycia w związku i nie szukałam nikogo dla siebie. To przyszło samo, mimo moich wielkich obaw.

W roku 2012 przyjechałam do Kami, mojej przyjaciółki na urlop. Miałam z moim eks mnóstwo problemów, finansowych i między nami (o tym pisałam już wcześniej w „Rodzina z uzależnieniem”). Ale wiedziałam, że muszę się wyrwać i zobaczyć jak to się potoczy. Gdy wróciłam po miesiącu, pożałowałam zaraz gdy przekroczyłam próg domu. Zobaczyć go „wczorajszego” i zastać mieszkanie w brudzie nie należy raczej do przyjemności. Ale nie chodzi o to, że był przepity i że mieszkanie było brudne, raczej o to że między nami nic się nie zmieniło po tej przerwie. Było jeszcze gorzej…

Na urlopie poznałam sąsiada Kami – S. Mieszkał tam z żoną i córką. Oboje są muzułmanami. Przedstawili mnie jemu z grzeczności, przy czym on stał na swoim balkonie a ja machnęłam tylko ręką. Z resztą nie znałam na tyle niemieckiego, by sobie pogawędzić. W owym czasie między nim a jego już byłą żoną, działo się bardzo źle. Ona wyjechała na 2 tygodnie z córką do swojej rodziny mieszkającej o 300 km dalej.

S. przychodził z pracy, zapukał do Kami pod byle pretekstem i został na herbacie. Ja żartowałam sobie z niego, z Islamu, z muzułmanów, itp. Wygłaszałam co mam do powiedzenia, Kami oczywiście mu tu wszystko tłumaczyła. Nie miałam nic złego na myśli, po prostu nigdy nie miałam okazji siedzieć przy jednym stole i to tak blisko obcokrajowca i to „stamtąd”. On śmiał się z moich wygłaszanych przemyśleń, ale też poprawiał jeśli gdzieś byłam w błędzie. Szczerze powiedziawszy to był naprawdę śmieszny i miły wieczór. Siedzieliśmy jak gdyby nigdy nic ja, on, Kami i jej też już były mąż. Dawno się tak nie odstresowałam, jak tego wieczoru. Jak się potem dowiedziałam i S. miał podobne odczucia.

Przychodził co wieczór, a jeśli nie to zawsze stał na swoim balkonie, a my na balkonie Kami i każdy coś tam paplał. Rzucił raz hasłem, że mam przyjechać do Niemiec na stałe i zamieszkamy razem. Oczywiście ja wzięłam to za absurd, on rzucił to pół żartem, pół serio.

Urlop się kończył i musiałam wracać do szarej Polski. Wróciłam, ale wiedziałam, że to tylko kwestia czasu kiedy sama wyjadę do Niemiec. Nigdy nie lubiłam mieszkać w Polsce. Jak byłam w Holandii to bardzo przypadło mi do gustu mieszkanie za granicą. Wróciłam. Między mną a P. psuło się i psuło bez końca. W końcu w 2013 roku wyjechałam. Parę dni przed wyjazdem dostałam wiadomość od S. czy to prawda, że przyjeżdżam na stałe. Przyznam, że zdziwiła mnie jego ciekawość, odpisałam, że tak. Ja przyjechałam w sierpniu, a on tego samego roku w czerwcu w końcu odszedł  od swojej byłej. Mieliśmy jakiś kontakt między sobą przez Facebooka, ale tylko zdawkowe „cześć, co słychać”. Żadne z nas nie robiło wobec siebie jakiś planów.

Na początku zamieszkałam u Kami, by ogarnąć sprawy papierkowe i mieszkanie. S. bardzo mi pomagał, zawoził gdzie był termin. Był chętny do spotkania nawet jeśli nie było terminu w jakimś urzędzie. Powoli, powoli on łapał ode mnie angielski. Zaczęliśmy ze sobą pisać, najpierw o głupotach, potem o innych tematach, ale nadal nic ważnego. Po którymś spotkaniu (zawsze spotykaliśmy się w 3 ja, on i kami i nasze dzieci) napisał do mnie, że mnie kocha. Zaraz z wielkimi pretensjami odpisałam, że to jakaś bujda i że nie wierzę w to. On zmieszany więcej tego nie napisał. Potem było tylko „I like you”. Nie wierzyłam w to, bo dla mnie takie rzeczy i to po raz pierwszy mówi się w twarz, nie za pomocą smsa czy komunikatora.

Jak się potem okazało, spodobałam się jemu już od pierwszego dnia mojego urlopu, ale nie robił też sobie jakichkolwiek nadziei, bo sam miał rodzinę, żonę. Ja mieszkałam w Polsce. Do dziś mówi, ze czekał na mnie prawie dwa lata. W końcu po którymś spotkaniu u niego, powiedział mi całkiem poważnie, że mnie kocha. Nie odpowiedziałam nic. Całkowicie mnie zaskoczył. Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć i czułam, że nie żywię aż tak dużego uczucia, jak miłość wobec niego. Przyszło to z czasem.

Mieliśmy wiele tematów, mi nie kończyły się pytania na temat jego religii, Koranu, Islamu, życia i jego kultury. On z wielkim spokojem i cierpliwością odpowiadał jak to wszystko wyglądało. Oczywiście ja słuchając go i tych sprzeczności, które się pojawiały, ponieważ to co piszą w internetach czy książkach lub opinii kolegów nie pokrywały mi się. Zagłębiałam się bardziej i bardziej, potrzebowałam potwierdzenia w jego opowieściach czy to aby na prawdę tak jest, jak opowiada. Jedynym potwierdzeniem na to czy kłamie, wydawało mi się tylko postawianie tych samych co jakiś czas pytań i słuchanie, czy odpowiada na nie tak samo jak przedtem.

Ani razu nie zmienił wcześniej postawionego słowa. Za każdym razem opowiadał i tłumaczył w ten sam sposób. Wiedziałam, że nie kłamie i nie kręci. To był wielki plus. Mimo tego bałam się bycia z kimś z tamtych stron. Zawsze zostaje ta obawa.

Jak zacznie bić? Jak będą awantury? Jak się zmieni w radykalnego Islamistę? Lub terrorystę? Postanowiłam zaryzykować, ale z wielkim dystansem. Z czasem dystans zmniejszał się, ale i tak była ta obawa…

cdn…

 

Inness